June 2007
Miesiąc
Undead miner…
Jak pewnie spora część z was wie (a reszta zaraz się dowie) – przez weekend TePsa w swojej wspaniałości pozbawiła mnie internetu. Pamiętam czasy, w sumie dość odległe już, gdy taki brak powodował, że nie miałem co ze sobą począć. Tymczasem ani razu nie poczułem się znudzony, czy zmęczony brakiem tego kontaktu ze światem. Prawda, dziś rano sprawdziłem pocztę, gg i parę innych mniej lub bardziej znaczących serwisów w poszukiwaniu świeżych informacji, ale równie dobrze, gdyby nie możliwość mógłbym się bez tego obejść – i to mnie cieszy. Wybrałem się też na przejażdżkę po mieście (by odkryć, że rower nadaje się do remontu :P) i zrobiłem jedno, bezcelowe zdjęcie, które widzicie po lewej. A teraz zakosztuję snu.
Corpse bride…
Na zdjęcia z imprezy przyjdzie mi jeszcze poczekać. Jutro zakończenie roku szkolnego, znaczy mniej dzieciarni w pociągach, więcej na ulicach. Gdy jeździłem osobówkami miało to jeszcze jakiś sens, teraz – nie robi mi większej różnicy. Zwłaszcza gdy wracam o 22 – wtedy to, jak przystało na miasto małe i w gruncie rzeczy spokojne, mało kogo można spotkać po drodze. No chyba, że to piątek, większy wtedy ruch niż w niedzielę palmową ;P Za tydzień i tak tego nie zobaczę, będę.. gdzieś indziej, robił co innego. Jutro podobnie, choć miasto wciąż moje.
Wieża Jaskółki ma się dobrze, właściwie – ma się ku końcowi. Zostanie Pani Jeziora, której zakończenia trochę się obawiam. Nie dlatego, że nie chcę poznać losów poszczególnych bohaterów, ale chodzi mi o to, że gdy jak każda przygoda i ta dobiegnie końca pozostanie uczucie niedosytu, pytań “a co się działo potem?”. Najbardziej odczułem to po zakończeniu Władcy Pierścieni. Odpłynęli ku szarym brzegom (dobrze pamiętam? raczej, jak nie – poprawcie). A ja kurde chciałem wiedzieć co robili potem, następnego dnia choćby. Światy fantastyczne wciągają, jeżeli mają wciągać i nie dają o sobie zapomnieć na długo po tym, jak ostatnia strona przewraca się popchnięta dłonią czytającego.
Ostatnio po głowie chodzi mi Wrocław. Ustawicznie niemal. Co prawda na forum wiele nie bywam, ale mam taką ochotę się wybrać na kolejny zjazd jak dawno. Mały paradoks, bo wszak mówiłem co innego, po ostatnim razie. Czułem się chyba za dojrzały, po tym jak otrząsnąłem się z szoku “pracy”. Bla, bla, bla dzieciak nadal jestem, tyle, że trochę bardziej doświadczony. Cytując tu Monikę, a raczej tekst z jej strony: “Doświadczenie to dobry nauczyciel, ale czesne za wysokie” (czy jakoś tak). Czasami trzeba zrobić z siebie idiotę, żeby móc na nowo cieszyć się tym, czy owym. Ja już chyba zrobiłem.
Ket~
Come out and play..
Oi! Wszem i wobec oznajmiam, że drugi rok studiów mam za sobą :P Co prawda na wyniki jednego egzaminu przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać, ale jestem pewny, że go zdałem. Jakimś cudem udało mi się znów przejść sesje bez poprawki – wszak to strata czasu jest.
W związku z wolnym czasem, jaki stał się mym udziałem dzięki zaliczeniu wszelkich projektów, napisaniu mniejszych czy większych programików powróciłem, po przerwie na piractwo, do wiedźmińskiej sagi, za jednym zamachem ładując się w “Czas pogardy” i “Chrzest ognia”. Jak tak dalej pójdzie to do końca wakacji będę miał całość :) A i bo czyta się bardzo przyjemnie. Kolejnym autorem na liście będzie chyba King, Stephen by nie było wątpliwości. Z tym, że nie do końca wiem, którą książkę wybrać. Gas, miałaś tam coś u siebie, nie? Zgłoszę się w niedługiej przyszłości :)
Na koniec małe ostrzeżenie dla mieszkańców Poznania – w tym tygodniu zacząłem kurs na prawo jazdy, w przeciągu miesiąca wyjadę na ulice – żeby nie było, że nie mówiłem. Kolor samochodu zapewne czerwony, zakładam, że poza lakierem nic innego się na masce czerwienić nie będzie ;)
Ket~
książka and notki and twórczość
9 Jun 2007
Injection…
Huk przerwał poranną ciszę, pocisk wystrzelony z karaweli de Ramireza nie doniósł, płosząc tylko mewy siedzące na rejach Zephyra. Pościg trwał już niemal dobę, przy czym to ścigający zdawał się bardziej zmęczony całą sytuacją. Marten cały czas utrzymywał dystans 1 mili, który dawał nadzieję Hiszpanom, jednocześnie nie pozwalając im na zadanie jakichkolwiek szkód zwinnej fregacie. Irytowało to bardzo Ramireza, gdyż wiedział on dobrze, że nikt inny nie pragnął bardziej spotkania z nim niż Jan Kuna, zwany Martenem, a który to teraz unikał go z pełną premedytacją.
Po południu, wiatr, który nieustannie dął od północy, pozwalając rozwinąć maksymalną prędkość karaweli, zmienił kierunek na wschodni, a zaraz potem uderzył z całą siłą z południowego zachodu. Białe żagle Zephyra opięły się na masztach, reje szybko przebrasowano, także zboczył on z dotychczasowego kursu, kierując się ku wschodowi. Santa Cruz (bo tak nazywała się karawela) poczyniła to samo i już wkrótce oba okręty płynęły równolegle do siebie, cały czas zachowując dystans. Trwało to jeszcze parę godzin.
Ramirez kazał swoim podwładnym być w stałej gotowości, by w razie pomyślnego obrotu sprawy móc zaatakować precyzyjnie i szybko. Gdy słońce, powoli kładąc się za horyzontem, oświetliło tylni kasztel obu okrętów stało się coś zgoła nieoczekiwanego. Pojedynczy strzał, a potem salwa z całej lewej burty Santa Cruz odrzuciły okręt, a pociski nie mające dostatecznej siły wzbiły ścianę wody między nim, a Zephyrem. Ramirez w parę sekund zbiegł na pokład działowy by dowiedzieć się co zaszło, lecz zanim ustalił cokolwiek usłyszał krzyk swojego bosmana: “Marten naciera”…
Victory!
Victory – kto kiedykolwiek widział program “Morze” zna ten utwór. Za sprawą “Piratów z Karaibów” tematyka piratów odżyła i zdaje się nie odejdzie tak szybko w zapomnienie. Na “At World’s end” przyjdzie jeszcze pora, a tymczasem chciałbym wam polecić książkę (kolejną ;)) pt. “Opowieść o korsarzu Janie Martenie” napisaną przez Janusza Meissnera.
W sumie może to głupota polecać coś, czego być może nigdy nie będziecie w stanie zdobyć, doprawdy nie wiem, czy którakolwiek biblioteka jeszcze ją trzyma, ale na pewno można ją dostać na allegro. Chodzi bowiem o to, że wydano ją w 1962 roku. Egzemplarz, który mam jest z resztą zdrowo zniszczony przez czas. Co do treści – jestem po pierwszym “tomie” (z trzech) i fragmentami odnosiłem wrażenie, że Marten, to taki Sparrow, pełen sprytu, z nieograniczonym szczęściem, wierną załogą, wspaniałym okrętem. Żeby nie było zbyt różowo, jest też wróg, zdrada, strata – wszystko czego można by chcieć od dobrej przygody. Jak ktoś lubi czytać książki (wedle jednej z reklam, jest to 1 na 4 napotkane osoby – coś mało) to zaręczam, że ta mu się spodoba. Poszukajcie :)
Next Page »