July 2007
Miesiąc
internetowo and notki
31 Jul 2007
Red ocean…
Początkowo chciałem napisać tutaj o statystykach, stat.4u, google analytics etc. Jednak w trakcie pisania odkryłem coś, oczywistego, ale przeze mnie zapomnianego.
Gdy stworzyłem swój pierwszy serwis www (traktował o anime, ja miałem 15 lat) musiałem go gdzieś umieścić. Pal licho, że był biedny, że brzydki – był mój i koniecznie chciałem pochwalić się nim przed światem. No więc założyłem konto tam, gdzie wiedziałem, że mogę to zrobić i nie będę musiał zapłacić (moje zasoby były, wierzcie mi, ograniczone). Interia wydawała się słusznym wyborem, zważywszy na fakt, że darmowy hosting poza nią oferowały onet, wp i… nikt więcej (a przynajmniej nic innego nie obiło mi się o uszy). No i było super, strona działała, miała swoje perypetie, potem znikła. I wydawać by się mogło, że na zawsze (sam już też straciłem jej kopię zapasową, podczas któregoś z wielu formatów). Nie mogłem się bardziej mylić.
Czytaj dalej…
internetowo and notki
29 Jul 2007
Road to fame…
Miało tu być o tym, że zarejestrowałem się na wykopie, by zamiast jedynie biernie przeglądać linki i zawarte pod nimi treści włączyć się w to grono ludzi, by poprzez komentarze wyrażać opinię na różne tematy i by (co już miało miejsce) prowadzić dyskusje. Miało być też o tym, że prawdą jest iż przejście z biernego na czynne uczestnictwo w tej zabawie (bo wedle mojej opinii każdy z tych linków jest w jakiś sposób zabawny/pożyteczny/ciekawy/ujmujący) to nic innego jak najzwyklejsza reklama własnego serwisu, czego dowodem może być niemal 60% wzrost ilości odwiedzin (ok, do tej pory zaglądali tu moi znajomi oraz osoby poszukujące informacji o plaży na Post Dali z Poznania, ale może i kto inny się zainteresuje?). Jednak ani o tym, ani o tamtym w szerszym kontekście nie będzie (może dlatego, że wiele więcej nie da się napisać w tej materii).
Niech ten wpis traktuje o tym, jak coś, co wydawało mi się do tej pory przymusem, nieciekawym, upierdliwym zadaniem jest po prawdzie jedynym słusznym wyjściem. Na swojej stronie Adriano umieścił ciekawy artykuł o tym, jak to pośpiech i chęć zrobienia czegoś na nowo (żeby nie dodać “na kolanie”) spowodowała, że wykop stał się serwisem potencjalnie niebezpiecznym. Szczegóły pod powyższym linkiem, tutaj natomiast dodam, że nie potrzeba szczególnych umiejętności, ani wiedzy dostępnej nielicznym, by zostać “chakierem” i np. edytować czyjeś komentarze. Mi wystarczyły ze dwie minuty na zastanowienie połączone z przeglądaniem kodu oraz Firefox z zainstalowanym Firebugiem.
Za 3 minuty kończy się niedziela, więc należy mieć tylko nadzieję, że programiści odpowiedzialni za ten serwis, gdy w poniedziałek (dzień przecież pracujący) przeczytają co i jak z samego rana załatają wykop, by można było odwiedzać go bez obaw.
edit: Heh, tym czymś, co wydawało mi się upierdliwością i przykrą koniecznością jest oczywiście testowanie pod każdym możliwym kątem tego, co się stworzyło :P
Beginning of… new life
- Czy ty…?
- Tak. A ty…?
- Tak.
- Myślałam, że powiesz nie.
- Dokładnie to samo myślałem o Tobie.
- Ale jednak…
- No właśnie, myśli zawodzą, to jest silniejsze od rozumu.
Dziś wielki dzień! Ledwie skończone liceum (bo czym są te dwa lata, mimo, że intensywne, pełne wydarzeń), a już przychodzi stanąć przed “niskim, łysiejącym mężczyzną w okularach”, potwierdzić to, co serca wiedzą lepiej, a do czego umysły musiały się przekonać; złożyć podpis dla formalnego potwierdzenia stanu rzeczy i żyć dalej jako ten sam, ale jakby inny. Nieść ze sobą smutki i radości, dzielić się nimi, wspierać w potrzebie, cieszyć się wspólnie. Planować wspólnie, decydować nie za kogoś, ale z kimś, dla wspólnego dobra. I… można tak bez końca. Zatem bez dodatkowego marudzenia i ubierania tego co oczywiste w słowa, które nie są równe potencjalnym emocjom – Jarku, Lindo – powodzenia i najwięcej szczęścia! A cała reszta – to będą koleje losu, kształtowanego przez Was :)
internetowo and notki
23 Jul 2007
Emotionless…
Miało być o czymś innym, ale okoliczności sprawiły, że będzie o tym. Słyszeliście na pewno o wypadku autokaru we Francji? Kto nie słyszał, trąbią o tym od rana do wieczora w każdych wiadomościach, każdy serwis poświęca temu co najmniej połowę ekranu, w gazetach na tytułowych stronach “szok, tragedia, Boże, co się dzieje..”. No i wszędzie czarno, bo prezydent ogłosił żałobę narodową. O właśnie – i o tym parę słów.
Znalazłem dzisiaj bardzo dobry artykuł, który w sumie w całości oddaje moje odczucia. Ale pozwolę sobie przytoczyć myśl z mojego komentarza, który zniknął gdzieś tam w gąszczu ataku i pochwał dla autora.
Współczuję rodzinom ofiar, nie jakoś szczególnie, ale strata bliskiego to zawsze jest ból. Natomiast ni cholery nie mogę zrozumieć, czemu fakt, że 26 osób zginęło w tym samym miejscu i czasie ma powodować, że cały naród jednym głosem będzie lamentował. I tak to robi. Duża jego część. Ciemna dodajmy. Jaki wpływ na moje życie miała śmierć tych ludzi? Żaden, a przynajmniej taki sam jak śmierć 50 anonimowych (dla przeciętnego Kowalskiego) osób, które w ciągu ostatnich 3 dni też zginęły w wypadkach. Jedyna różnica w tym, że nie zginęły w “wielkiej katastrofie”.
Natomiast szczytem tej szopki jest deklaracja Kaczora (jednego z dwóch, nie pamiętam którego), ze każda z rodzin, która straciła kogoś w tym wypadku dostanie po 100 tyś. na “łapkę” (czyt. za głowę). Tutaj należy odrzucić wszelkie pozory i głośno zakrzyknąć – KUR** MAĆ. I tak pewno grosza nie dostaną, bo takie działanie pod publiczkę, to parę głosów w wyborach, ale ja też poproszę 100 tyś. Wuja mi zmarł na raka. Co? Że mało medialnie? Że nie tragedia? Ok, pradziadka przysypały ziemniaki cukrowe – udusił się. Pasuje? Jak wciąż za mało to się poddaję, nie chcę brać w tym udziału, poszli.
A jako bonus znaleziony przed chwilą obrazek (brawa dla autora):

Departed…
Wspomniany niżej temat, który mi do głowy przyszedł, a na który sił nie miałem. Będąc we Wrocławiu przekonałem się, że tym, co naprawdę może mnie wkurzyć jest spóźnialstwo. Nie moje, o nie – jeżeli już się spóźniam, to robię to tylko dlatego, że inaczej się nie dało (najczęściej do pracy, gdy pociąg padnie, tramwaj ucieknie, albo odmówi współpracy parę kilometrów od biura). Mówię o spóźnianiu się innych. I tu również trzeba wykluczyć pewną grupę, za przykład niech posłuży mi Bushee (no offence mate, ale mi tu pasujesz), który lubi z wrodzoną sobie elegancją rozciągać czas przypisany stwierdzeniu “wpadnij około 19″ do godziny 20, albo i później, jeżeli trzeba ;) No więc o co mi chodzi? O umawianie się na konkretną godzinę, wymaganie ode mnie bym się nie spóźnił, bo nogi z d… i inne takie nieprzyjemności, a potem.. spóźnianie się “bo..” i tu jakiś powód, który ze mną ma tyle wspólnego co zeszłoroczny śnieg. Wiesz, że się nie wyrobisz w terminie – ustal taki by się wyrobić i powiedz zawczasu, oszczędzisz mi nerwów.
I teraz zakończenie – ten wpis zdaje się brzmieć jak wyrzut – może rzeczywiście w jakimś stopniu nim jest, choć co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, więc i rozpamiętywać tego nie będę. Ale tak w nawiązaniu do ostatniego zdania poprzedniego akapitu coś mi się zdaje, że jeżeli kiedykolwiek przyjdzie mi się znaleźć na stanowisku kierowniczym, to co poniektórzy mogą mieć ze mną ciężką przeprawę ;’] I żeby nie było – najbardziej lubię, gdy terminów zwyczajnie nie ma, albo nie muszą być określane datami, godzinami. Choć… no, ale to nadaje się na kolejną notkę, tymczasem – g’night.
Next Page »