December 2007
Miesiąc
Shut the damn door!
I tym sposobem mamy koniec roku. Daruję sobie (i wam) wszelkie podsumowania, statystyki itp. Wystarczy spojrzeć na te 81 wpisów poprzedzających ten – nic lepiej nie odda tego co się u mnie działo.
W nadchodzącym zaś roku 2008 życzę Tobie to czytającemu/ej wszelkiej pomyślności i zdrowia. I żeby nadchodzący rok był lepszy od poprzedniego.
Dzisiaj wysikałeś się pod huragan…
Wiedźmin na szlaku
Skończone. A może powinienem powiedzieć rozpoczęte? Wielki Mistrz nie żyje, odzyskałem tajemnice skradzione z Kaer Morhen, konflikt wygasł w sposób naturalny (choć krwawy). Dostałem pieniądze, zabiłem moich prześladowców, obroniłem przyjaciół. Podczas walk między ludźmi i innymi rasami wybrałem trzecią stronę, własną, nie chcąc mieszać się w sprawy, które mnie nie dotyczyły…
Czas topora, pogardy, wilczej zamieci, białego zimna – niezły zestaw
Co jednak by było, gdybym wybrał inną drogę? Nie jest możliwe przewidzieć wszystkich konsekwencji swoich wyborów. Vincent dostał szansę, przynajmniej są z Carmen szczęśliwi. Adda, choć chciała mnie zabić, również miast śmiertelnego ciosu otrzymała dar życia. Berengar, zdrajca i tchórz, pozwoliłem mu odejść, choć za samą tylko konieczność ganiania za nim przez pół świata należało go przygwoździć do ziemi mieczem. Chyba robię się sentymentalny…
Coś się kończy, coś się zaczyna
Rozwścieczona tłuszcza z widłami i pochodniami przeciwko jednej wiedźmie. Fanatyzm bijący w oczy musi być ukarany, mimo iż na dobrą sprawę mogłem wybrać jedynie mniejsze zło. Dwie rasy, ludzi i ryboludów, nieufne wobec siebie, wrogie. I znowu trzecie wyjście, neutralność, ale ta dobra, bo prowadząca do pokoju. Mały chłopiec, którego los zetknął ze mną, a potem rozdzielił. Chciał zostać wiedźminem, głupi. Uciekł gdzieś, w inne miejsce i czas, a ja mam wrażenie, że jeszcze się spotkamy.
Na pohybel dysonansom!
Nie jestem w stanie zliczyć ile istnień pochłonęła moja krucjata. Setki – przynajmniej. Ale wierzyłem i wciąż wierzę, że to było słuszne, jedyne wyjście. Niech Król Gonu mówi co chce, kroczy za mną i mnie obserwuje. Jeżeli mam szukać własnego Grala podążając ścieżką przeznaczenia – niech i tak będzie. W końcu nie chodzi o jego znalezienie, ale o to, by nie poddać się szukając.
Blame yourself..
- Wiesz jak to jest?
- Ale że co?
- Siedzieć na wygodnej kanapie, koło usypiająco ciepłego grzejnika, w ręku trzymać kieliszek dobrego wina?
- No wiem, i?
- A co wtedy czujesz?
- Radość.. chyba, nie, raczej błogość.. albo nie, spokój, nosz kur.. skupić się nie mogę!
- Ano właśnie…
Za dużo dobrego ma swoje minusy. Chyba nawet wiem co myśleli Ci, którym kiedyś mówiłem, że takie miesięczne nic nierobienie by mi się przydało. Po tygodniu wył bym z rozpaczy, po 2 zaczął odgryzać sobie nogę. Nie twierdzę, że te święta były złe, o nie. Wszystko udało się dokładnie tak jak miało się udać. Masa jedzenia, rodzinna atmosfera, odwiedziny dziadków i u babci. Normalnie super. A jednak jak teraz siedzę, mając w perspektywie jeszcze 4+1 dni wolnego skręca mnie dwojako. Jeszcze tyle czasu dla mnie i już tylko tyle. Jeszcze tyle do zrobienia i w sumie kurde, co ja mam w ogóle robić. Fuck it, idę na spacer.
I’ll open at the close…
Dwa słowa o pociągach: kur** mać.
Na szczęście od jutrzejszego wieczora nie będę musiał się przejmować czy wrócę do domu przed “Szkłem Kontaktowym”. Przynajmniej przez jakiś czas. Myślę, że już można to spokojnie powiedzieć – święta przyszły. Należy jednak zadać pytanie – i co z tego? Oj, wróć, bo wyjdzie na to, że w ogóle mnie ten czas nie obchodzi. Muszę jednak przyznać, że kiedyś obchodził mnie inaczej.
Za dawnych, szkolnych czasów priorytetem na święta były dwie rzeczy – prezenty i czas wolny od szkoły. Atmosfera nakręcała się sama, kolacja wigilijna, przygotowania – miało to jakiś magiczny posmak. Gdyby sięgnąć jeszcze dalej pojawia się wiara w Gwiazdora, skutecznie podtrzymywana przez rodziców (dygresja: sam postaram się tą wiarę utrzymać we własnych dzieciach gdy się już takich dorobię). Święta – czas magiczny.
Natomiast od trzech lat, odkąd większość mojego czasu zajmuje praca, atmosfera świąt spływa na mnie nie miesiąc przed, nawet nie tydzień wcześniej, ale nie dalej jak na parę dni przed wielkim “to już”. Zabiegani, poddenerwowani, nie mamy czasu wejść w ten okres powoli, najczęściej więc wpadamy w niego w biegu by wyhamować w ostatniej chwili. Wiecie kiedy mnie ostatecznie uderzyło, że święta idą? Dziś rano, gdy siedziałem w pociągu, na drugiej z kolei stacji dosiadła się jakaś dziewczyna i nie zważając na czuły zmysł powonienia współtowarzyszy podróży zaczęła wcinać mandarynki. Pachniało nimi w całym wagonie, słowo daję. A muszę przyznać, że owoce te jadam tylko w święta – tradycja, kaprys, zwał jak zwał – kojarzą mi się jednoznacznie.
Teraz siedzę tutaj, z dziesiątką pomysłów na spędzenie wolnego czasu, który niedługo stanie się moim udziałem. I zupełnie niepotrzebnie myślę o tym, że gdy ten czas się skończy będę musiał wrócić do szarej codzienności (gdzie szarością naznaczone są rytualne wydarzenia, powtarzane w cyklu dobowym). Pozwolę sobie jednak stwierdzić trywialnie – magia świąt jeszcze we mnie nie umarła.
Proszę, k…, przyspieszyć
“Będziemy wracać wcześniej!” – zakrzyknąłem jakiś miesiąc temu po sprawdzeniu nowego rozkładu PKP na stronach… niemieckich kolei (sic!). I było dobrze.
“No, to ostatni dzień tak późnych powrotów” – powiedziałem w ostatni piątek wsiadając do jak zwykle wypakowanego po brzegi pociągu powrotnego. I myślałem, że będzie dobrze.
“Ile już stoimy? 40 minut?” – no wiecie, pierwszego dnia po zmianie jeszcze mogli mieć problemy, w końcu chodzi o setki składów w całej Polsce. W końcu czego innego się spodziewać po poniedziałku. I byłem spokojny.
“Pociąg pośpieszny z (..) do Wrocławia jest opóźniony o..” – miałem nadzieję, że dzisiaj już pojadą ok, zwłaszcza, że przez projekt na uczelnię zostałem 2 godziny dłużej w pracy. I przestało być fajnie.
“Pociąg osobowy… opóźniony o… za opóźnienia serdecznie przepraszamy..” – która to godzina? 19:15? O, tylko pół godziny spóźnienia, ruszamy! Ej, czemu on zmienia tor? … Dawno nie jechałem z Poznania do Kościana 1,5 godziny. I mam ochotę kogoś zamordować.
“Gdzie jesteście? Chodźcie na ‘czwarty’, zaraz osobówka odjedzie” – patrzcie państwo, godzina się zgadza, szkoda, że pociąg nie. Ale miło z ich strony, że poczekali na nas te 50 minut. I zastanawia mnie, czy Ci, którzy chcieli jechać planowo podzielają moje zdanie.
“Pociąg osobowy z Poznania do Leszna gotowy do odjazdu…. !!! biegiem!” – jakbym się dzisiaj spóźnił, bo pociąg odjechał w końcu planowo dopiero miałbym na co kląć. I w brodę sobie pluć.
Czekają mnie jeszcze dwa dni jeżdżenia pociągiem w tym tygodniu. Na 5 już byłych pociągi miały w sumie niemal 3 godziny opóźnień (pominąwszy drogę DO Poznania, gdzie też idealnie nie było). Ja rozumiem, że nie da się, by z miejsca było idealnie, ale gdy z jednej strony człowiek chce wrócić do domu jak najszybciej, a z drugiej słyszy od konduktora Trzeba nie było jechać na ostatnią chwilę, co ja mogę, że się Pani spóźni* to krew się gotuje. I najgorsze, że nie można nic z tym zrobić tylko wytrzymać.
Next Page »