No to, moi państwo, grudzień przyszedł. Za jakieś 3 tygodnie będziemy mieli najkrótszy dzień w roku, a potem pozostanie powiedzieć “byle do wiosny” i cieplejszych dni. Ale z drugiej strony – przyjdzie wiosna, znaczy będzie już 6 semestr. Gdy wiosna się skończy ja skończę licencjat. I zostaną dwa lata. A potem, gdy i one przeminą, będzie trzeba żyć.
W sumie nawiązuję do wpisu sprzed miesiąca (My way), ale tym razem zastanowiło mnie, że na dobrą sprawę nie mam konkretnego celu w życiu. Jeszcze nie mam. Bo gdzieś tam, lata temu, było tak: najpierw podstawówka, potem liceum i studia. Reforma edukacji pozwoliła mi dodatkowo poznać smak gimnazjum (smak, dodajmy, nijaki). Teraz lata niemal minęły, a ja nigdy nie zastanowiłem się poważnie co będzie po studiach. Do nich, do tej pory, wszystko było (i jest) proste. Cykl nauczania nie wymaga zbytniego myślenia – poza wyborem kierunku, w jakim chcemy iść. Teoretycznie ten wybór jest potem znaczącym dla reszty naszego życia. Praktycznie filozof może zostać dziennikarzem, fizyk jądrowy otworzyć knajpkę gdzieś na plaży. A ja jeszcze nie wiem co zrobię :P