February 2008


notki 25 Feb 2008

W chwili gdy gruchnęła wiadomość, że student informatyki z Wrocławia sprzedał część udziałów za grubą kasę każdy, podkreślam KAŻDY większy i mniejszy serwis wtrącił o nim 3 grosze. Stacje telewizyjne wieszczyły mu nieopisany sukces. Sam dostałem zaproszenie w niedługi czas po tym jak cała ta maszyna marketingowa zaczęła żyć własnym życiem. Zaproś dziadka, ojca, matkę. Oni też mieli znajomych w szkołach. Niech się odnajdą.

Tja, tak czy siak do tej pory unikałem tego tematu tutaj. Co mogło zostać powiedziane zostało powtórzone setki razy. Co mogło zostać wymyślone wpadło do głowy dziesiątkom ludzi w tej samej chwili. A mimo to myślę, że coś zostało do dopowiedzenia, napomknięcia, ot rzucenia swobodną myślą.

Po cholerę mi konto na naszej klasie. Proste prawda? Nie jestem w stanie sprawdzić kiedy się zarejestrowałem, ale jedno z pierwszych zaproszeń dostałem koło listopada. Do dzisiaj zebrałem 97 znajomych, z czego zaprosiłem może 10. Dostałem góra 15 wiadomości, które zaproszeniami nie były. Wrzuciłem jedno zdjęcie, by Ci, którzy mnie szukali mogli łatwo wybrać spośród 3 osób w serwisie, z których tylko ja noszę swoje imię i nazwisko (jakim cudem reszta trafia do wyników wyszukiwania – nie mam pojęcia). Dopisałem się do 3 klas (podstawówka, liceum i studia), ale nawet przez myśl mi nie przeszło by założyć brakującą klasę gimnazjalną. Na koniec tej wyliczanki – napisałem ze 3 posty na forach udostępnionych klasom.

Rany, to dopiero aktywność. Równie dobrze mogłem po aktywacji konta zmienić hasło na losowy ciąg znaków i zapomnieć. Wracając do myśli przewodniej – czy główną funkcjonalnością mają być galerie dawno nie widzianych znajomych*? A może wspomniane już fora?

a: Co u Was?
b: Dobrze, studiuję
c: Ja nie
d: Zmieniłem płeć
..

Może trochę przesadzam, ale jedyne, co wydaje mi się w tej chwili wartościowe w posiadaniu tam konta to dane kontaktowe, które jestem w stanie zebrać i spisać. Następnym krokiem jest wysłanie wszystkim małego who’n'where z moimi danymi i zlikwidowanie konta. I tak właśnie zamierzam uczynić. W ciągu ostatniego tygodnia “straciłem” dwóch znajomych (statystyka to potężna rzecz, nie sądzicie?) i spodziewam się stracić kolejnych. Niewielu, bo prędzej piekło zamarznie niż admini zaczną czyścić nieaktywne konta, ale tych paru świadomych bezcelowości istnienia tam, pewnie tak.

Na koniec zaś, dwa słowa, które mogą robić za pierwsze argumenty przy pytaniach “a co jak ktoś będzie chciał Cię znaleźć”. Ludzie, to proste – ja “żyję” w sieci – jeżeli czytacie te słowa, to macie tego naoczny dowód. Namacalny niemal. Wystarczyło podpisać się dwa razy nazwiskiem, by wszechwiedzące google wchłonęło mnie do swojej bazy danych. Moje dzieci zaczną prowadzić blogi zanim pozbędę się absolutnie wszystkich śladów mojej bytności w tym wirtualnym bagnie. A ponieważ szkoda marnować na to czas – kto będzie naprawdę tego chciał – i tak mnie znajdzie. Sposobów zliczyć nie sposób.

*Zdjęcie wybrane nieprzypadkowo, Ania zawsze była bardzo fotogeniczna, pozdrawiam.

notki 24 Feb 2008

Wiecie czym jest? To czas, w którym kot z Cheshire pomógł Alicji wydostać się z wariatkowa, jakim niewątpliwie była kraina z której pochodził. Poświęcił na to czas zwykle zarezerwowany na wygrzewanie swojego futra w promieniach słońca. Nie spiłem się wystarczająco, by doświadczyć takich halucynacji (i wierzcie mi, daleki jestem od tego), ale to określenie przypadło mi do gustu na tyle, żebym sam znalazł jego definicję.
MTP W trzech słowach – to było dziś. Mając niemal za sobą szarą, zimną i (nikt mnie nie przekona, żebym zmienił zdanie) paskudną zimę te 16 stopni, bezchmurne niebo i przygrzewające słońce był jak zbawienie. Zamiast chowając głowę w ramionach pędzić na pociąg zwolniłem kroku, w duchu wręcz radując się, że oto znowu doczekałem tego lepszego (dla mnie) czasu. Jedno popołudnie potrafi zdziałać cuda w ludzkiej psychice – wystarczy na to pozwolić.

notki 24 Feb 2008

Nie mogę powiedzieć, że było trudno. Było trudniej niż zwykle, trochę z mojej winy, trochę przez niezbyt szczęśliwą dla mnie tematykę wykładów. Tak czy owak sesję mogę uznać za zaliczoną (pomijając projekt dyplomowy i brakujący wpis). I wiecie, co pół roku uczę się czegoś nowego. Ale nie na uczelni – tam (teoretycznie) ciągle coś nowego nas uczą. Mam tu na myśli błędy, które popełniam, a które “procentują” w trakcie egzaminów.

I tak w pierwszym semestrze było ich najmniej, jeżeli nie wcale. Sami to powinniście pamiętać – każdy się starał by zdać, zaliczyć, w końcu po coś na te studia poszliśmy. Perspektywa spędzenia 9 miesięcy w wojsku była dla mnie całkiem niezłą motywacją. Motywacja ta utrzymała się do końca, ale to, jak sobie poradziłem okazało się zgubne pół roku później.

Drugi rok zacząłem bowiem z odczuciem, że będzie łatwiej i prościej. W końcu przemaglowali nas, przetrzebili, więc czemu mieliby się czepiać. Po co było chodzić na wykłady, robić jakieś dodatkowe zadania. Gdy przyszła sesja, dostałem małym wiaderkiem zimnej wody. Kolejny semestr zacząłem z mocnym postanowieniem poprawy (wybaczcie, bardzo oklepany frazes). I poszło z górki, a raczej powinienem powiedzieć, że zjechałem po równi pochyłej. Gdyby nie fakt, że rzeczywiście nam odpuszczono, dając w miarę strawne przedmioty kto wie jakby się sprawy potoczyły. Prawdą jednak jest, że zachowałem czyste konto.

Dzisiaj natomiast doszedłem do wniosku, że to co mnie zgubiło tym razem, to sprzęt, z którego korzystam dokładnie w chwili, gdy kolejne litery łączą się w to zdanie. Laptop miał w teorii pomóc mi w przygotowywaniu projektów, dać trochę swobody. Cóż, nie mogę powiedzieć, że to się nie sprawdziło. Dodać niestety muszę, że w połączeniu z dobrymi akademickimi łączami i siecią bezprzewodową stanowił idealną metodę na całkowite odwrócenie mojej uwagi od treści wykładów. Wszystkich wykładów. Biada mi.

W nowy semestr wszedłem z kolejnym postanowieniem, by tym razem więcej słuchać, mniej olewać. W końcu chodzi o zamknięcie kolejnego trzyletniego etapu nauki. Potem zostanie tylko jeden.

Jestem dobrej myśli (bo mimo częstego marudzenia pozostaję optymistą) i na koniec jeszcze tylko dwa słowa. Mimo, że tytuł, który widzicie w miarę łączy się z treścią, miał w zamierzeniu być wstępem do czegoś zupełnie innego. Ale w myśl zasady “co się odwlecze..” – dobranoc.

notki 20 Feb 2008

Wiecie, od dwóch dni nie byłem w Poznaniu. Jutro z resztą też się tam nie wybieram. Uprzedzając ew. pytania – nie, nie odszedłem z pracy. Uprzedzając złośliwości – nie, nie zostałem zwolniony. Specyficznym w byciu programistą jest to, że nie musisz szczerzyć się do klienta, który właśnie odwiedził Twój sklep, by “wcisnąć” mu swój towar. Ba, w byciu programistą nawet nie jest ważne to, by być w sklepie. Bo to, co się liczy to sam towar, a raczej by zdążyć z dostawą na czas i nie dostarczyć procy, gdy potrzebna była armata*

Co jest również specyficzne w byciu programistą? Przesiadywanie przed komputerem**. Z smutkiem stwierdzam, że jestem już od niego nieźle uzależniony, ale ta świadomość pozwoli mi zacząć z tym walczyć. Wracając do tematu – nie da się, przynajmniej w moim odczuciu, gapić przez 8 godzin w monitor i potem “odrobić” to w 6 godzin snu (w końcu poza pracą trzeba mieć czas na życie własne, nie? aż nie ustanowią 30 godzinnej doby czasu zawsze będzie za mało). I tu przychodzi pierwszy plus mojej aktualnej sytuacji – brak dojazdów, to 3 godziny dziennie dla mnie. Nie jestem wielkim śpiochem, ale ta godzinka więcej działa lepiej niż najmocniejsza kawa zaraz po przebudzeniu (o której słyszałem, że może być szkodliwa, ale tym będę się martwił za 20 lat).

Resztę rzeczy specyficznych pozwolę sobie pominąć, bo są albo nudne, albo nieciekawe, albo (co w wypadku większości z was by miało miejsce) i nudne i nieciekawe jednocześnie. Stwierdzę jednak, że praca zdalna wymaga jednego, poza wiedzą na temat tego w jakiej kolejności stawiać znaczki by nagle na ekranie pojawiła się tęcza***. Samokontrola – z prawdziwą ulgą stwierdzam, że zmuszenie się do pracy nie wymaga ode mnie wielkich nakładów siły (zauważcie, siedzę sam w domu od 8 do 14 – mógłbym robić miliardy innych rzeczy).

Jeżeli tylko nie przeszkadza wam brak kontaktu z ludźmi, albo wręcz jest wam na rękę gdy nikt wam nie zagląda przez ramię – mogę szczerze taki tryb pracy polecić. Jeżeli natomiast bez obcowania z innymi nie wyobrażacie sobie istnienia – róbcie to co ja – trochę tu, trochę tam – i jakoś się kręci.

* na lepsze porównanie stać mnie nie było, nie przepraszam
** odkrywcze, nieprawdaż?
*** a przynajmniej usta szefa wykrzywiły się dokładnie odwrotnie

notki 13 Feb 2008

Gdy w 2004 zakładałem pierwszego bloga, jego adres znała garstka ludzi. Trzech czy czterech kolegów z klasy, parę osób spoza niej (a były to beztroskie czasy liceum). Pisanie tego, co ślina na język przyniesie przychodziło łatwo i sprawiało frajdę. Różne głupoty, wydarzenia codzienne były komentowane przez ich bezpośrednich uczestników i przeze mnie – ich obserwatora.

Od zeszłego roku prowadzę tą stronę. Pod płatną domeną, na płatnym serwerze, sygnowaną nie tylko moją ksywką, ale również imieniem i nazwiskiem. Wejście na blipa, wykop, flakera, podawanie adresu na forach (w profilu oczywiście, do głowy mi nie przyszło by spamować jakieś tematy) – z przestrzeni prywatnej przeszedłem do publicznej, w której mam swoje miejsce i w której (z braku lepszego słowa) rezyduję. Czasy, gdy na podstawie statystyki byłem w stanie powiedzieć kto i o której mnie odwiedził minęły. Teraz co dzień rejestruję wpisy, których pochodzenia nie mogę być pewny, a jedynie mogę się domyślać.

Najprawdopodobniej dlatego też wpisy ukazują się rzadziej, są bardziej wyważone i poruszają poważniejsze tematy. Nie mogę być pewny czy tego oczekują odwiedzający, ale skoro nie dają mi żadnych wskazówek i wciąż wracają, to znaczy, że nie idę w złą stronę. Funkcję “z ostatniej chwili w życiu ketsu” przejął mój bliplog i przyznam, że to całkiem przyjemna alternatywa. Zdanie dwa, od czasu do czasu. I wszystko jasne. Może ktoś z Was (o ile już tego nie robi) również chce z niej skorzystać?

Jeszcze dwa słowa a propos flakera – dysponuję 8 (słownie: ośmioma) zaproszeniami do serwisu – chętni mogą się zgłaszać w komentarzach.

Next Page »