Śmierć się nie sprawdza, ma skrupuły. Za dużo myśli o sprawach, które jego nie dotyczą. Powinien stać ponad nimi. Nadszedł jego czas, mimo że jest tym, który czasu nigdy nie miał.
Kosiarz Pratchetta, bo o nim mówię ma to, co najbardziej lubię w Świecie Dysku – postać Śmierci. Antropomorficzą personifikację naszych wyobrażeń o tym, który jak Charon za starożytnych czasów przeprawiał nas na tamten świat. Nie ma jednak rzeki i oboli, a tylko oczy jak małe galaktyki i kosa o błękitnej krawędzi. Tym razem jednak oczy przygasają, a w złotej klepsydrze zaczyna przesypywać się piasek. Gdy się skończy Nowy Śmierć przyjdzie po swego poprzednika, by odesłać go w nicość. Dla największego z samotników jest to pierwsza i zarazem odstania okazja by zakosztować “pół życia”, pracy w polu, snów i wielu innych ludzkich emocji.
Tę historię zdecydowanie stawiam na szczycie listy ulubionych, zaraz za Mortem, który jest dla mnie tym wszystkim, czym książka Pratchetta być powinna. Teraz natomiast zabiorę się za Straż Nocną (najnowszy tom) i dokończę Alchemika (obiecałem już go pożyczyć, nie godzi się przeciągać tego w nieskończoność), a potem – kto wie.