Nie samą pracą człowiek żyje. Od ukończenia Wiedźmina nie miałem żadnej gry, która przyciągnęłaby mnie do monitora. Do niedawna – gdy czas pozwala skaczę po dachach w Assasin’s Creed – trup ściele się gęsto, ale zabawa przednia.
Nie samą pracą człowiek żyje. Od ukończenia Wiedźmina nie miałem żadnej gry, która przyciągnęłaby mnie do monitora. Do niedawna – gdy czas pozwala skaczę po dachach w Assasin’s Creed – trup ściele się gęsto, ale zabawa przednia.
Z tego miejsca chciałbym serdecznie podziękować Pani Urzędniczce, dzięki której 3 dniowe załatwianie papierów związanych z rejestracją samochodu wydłużyło się do 10 dni, bo Urząd ma tydzień na wydanie zaświadczenia. A tylko jego mi “do szczęścia” brakuje – niech żyje biurokracja!
4 sezon House’a powoli dobiega końca. Przez strajk scenarzystów całość została skrócona o 6 odcinków, a przedostatni nadano wczoraj. I muszę powiedzieć, że w przeciwieństwie do 2 sezonu Heroes’ów, który brutalnie ucięto po krótkim zawiązaniu akcji, House ani na moment nie obniża poziomu. Sam finał jest z resztą dwuodcinkowy, dlatego przez najbliższy tydzień będę niecierpliwił się i zrzędził “czemu ten czas się tak wlecze”.
No ale – znacie w ogóle House’a? Szef wydziału diagnostyki nieistniejącego szpitala gdzieś w Stanach. Sponiewierany przez życie, uzależniony od środków przeciwbólowych. Nie wierzy w ludzi z góry zakładając, że każdy pacjent kłamie. Rozwodnik, okazyjnie szukający zaspokojenia w ramionach dam lekkiego prowadzenia. Kpiący z reguł, ignorujący przejawy dobrej woli, złośliwy i wredny. Prawdziwy antybohater i chyba głównie dlatego postać ciekawa i przykuwająca do ekranu.
Nadrabiając stracone odcinki (polska premiera na AXN miała miejsce w grudniu zeszłego roku) spędziłem całe godziny przed monitorem, chłonąc cynizm i ignorancję z niego bijącą. Jednocześnie zastanawiałem się, czy człowiek tak do szczętu aspołeczny byłby w stanie funkcjonować w społeczeństwie jakie znamy. W końcu doszedłem do wniosku, że tak, bo otoczenie dostosowałoby się do niego, wybaczając mu wady tak długo, jak długo jego wiedza byłaby nieoceniona, a on sam nieomylny.
Inną rzeczą, którą chłonąłem była wiedza medyczna, od angielskich nazw chorób począwszy, na objawach udaru mózgu skończywszy. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie serwowano mi pseudonaukowego bełkotu. Dobrą stroną tego wszystkiego jest fakt, że do oglądania najnowszych odcinków starczy mi oryginalna ścieżka dźwiękowa – z grubsza wiem o czym się mówi (w tym – co może dolegać kolejnym pacjentom). Ot zabawa i nauka w jednym (z zdecydowanym naciskiem na to pierwsze).
Kończąc, każdemu polecam zapoznanie się z House’m, a najbliższą okazję będziecie mieli już za dwa dni, 15 maja, program 2 TVP.
Inspiracją dla tego wpisu jest przedwczorajsza rozmowa między mną, studentem 3 roku zaocznej informatyki na UAMie, a kumplem, studentem Politechniki Poznańskiej (3 rok studiów dziennych). Ogólnie, kolega ów zatrudnił się ostatnio jako “code monkey” w firmie, której nazwy teraz nie pomnę. Łebski jest, to i podstawowe zasady zna (a złota zasada brzmi “google, bitch!“), ale.. no właśnie. Teoria teorią, ale dżungla rządzi się własnymi prawami.
Moje poglądy wyglądają tak:
Jego natomiast:
Nie mam zamiaru kwestionować tu jego umiejętności. Sam na początku kariery zawodowej wiedziałem “coś”, co przy dzisiejszej wiedzy było w gruncie rzeczy “niczym”. Chodzi mi raczej o to, jak studia dzienne nauczyły go pewnych reguł i pewnego podejścia, które w praktyce okazują się całkowicie błędne.
Być może w liceum miałem jeszcze wrażenie, że wybierając konkretny kierunek zdobędę fachową wiedzę oraz umiejętności potrzebne w pracy, ale teraz jestem absolutnie pewny – nic tak nie uczy jak życie oraz samokształcenie się. I (z całym szacunkiem dla studentów dziennych) nierówność:
2005-2010 Programista w firmie xxx < 2005-2010 Studia na kierunku xxx
nigdy nie będzie prawdziwa – dla dowolnej pary CV wybranych przez pracodawcę.
Jak donosi Filmweb dziś swoją premierę miały zwiastuny 4 cześci Indiany Jones’a oraz “odrodzonego” Batmana z twarzą Christiana Bale’a. Premierę owe zwiastuny miały dobre 12/2 godziny temu, ale nie robię za serwis starający się napisać o wszystkim jako pierwszy. Mogę natomiast ocenić to co zobaczyłem.
A widziałem tam klimat przygód Indiany, podrasowany współczesnym podejściem do kina przygodowego. Parę dni temu w tv przypomniano Raiders of the Lost Ark i Bóg mi świadkiem, pierwszy raz od tygodni zasiadłem przed telewizorem (drugi raz usiadłem dzisiaj, gdy “dwójka” zaserwowała Powrót do przyszłości – nigdy się nie znudzi). Za jakiś czas Indy wejdzie na ekrany, a ja pierwszy raz od premiery Jumpera wybiorę się do kina (o ile nie skusze się na tak głośno reklamowanego Iron Mana).
Widziałem też ten sam, ciężki klimat, który ukazany został w Batman Begins, oraz “kto-wie-czy-nie-udaną” próbę ataku na nieśmiertelną rolę Jacka Nicholsona z pierwszego filmu o Batmanie. No, w sumie może to nie atak, a ukłon oraz własna interpretacja – zobaczymy jak bardzo udana.
Tegoroczne filmowe lato zapowiada się bardzo ciekawie, bo Indy, Batman, czy Iron Man to tylko początek. Dalej czeka nowy Hulk, niespodziewany Hancock, matematyczne 21, angielskie The Bank Job i tak dalej i tak dalej. Żyć nie umierać.