September 2008
Miesiąc
książka and notki
21 Sep 2008
Muzyka duszy
W ramach powrotów do już sprawdzonych tytułów sięgnąłem po raz drugi po Muzykę duszy Pratchetta. Jeżeli pamiętacie, zarobiła sobie u mnie niezbyt pochlebną opinię, głównie ze względu na skomplikowanie i wszechobecny chaos. To podejście dowodzi, że nawet książce trzeba czasem dać drugą szansę.
Tak więc jeszcze raz – najważniejszą personą tego tomu jest niejaki Imp y Celyn alias Buddy; muzyk, dla którego muzyka stała się całym życiem. W sumie należałoby wręcz stwierdzić, że je zastąpiła. Drugie, nie mniej ważne, skrzypce gra zaś Susan, przybrana wnuczka Śmierci, aktualnie w zastępstwie swego dziadka. Nad tym wszystkim góruje muzyka z wykrokiem, dziwny twór, świadomy swego istnienia i sterujący każdym, kto znajdzie się w “polu rażenia”. W tle zaś przewija się paręnaście znajomych postaci, od Śmierci, przez G.S.P Dibblera wraz z towarzyską “śmietanką” Ankh-Morpork, po Alberta i Śmierć Szczurów.
I tu był poprzednio pies pogrzebany. Każdej z postaci Pratchett poświęcił stronę, czasem dwie, czasem cały rozdział. Trudno było zorienować się, czy opisywana sytuacja jest ważna z punktu widzenia całości. Muzyka duszy to niemal koncentrat zbierający w jedno dorobek paru wcześniejszych tomów. I właśnie dlatego mogę teraz stwierdzić, że jest naprawdę dobra. Mort, Kosiarz, Kolor Magii, Prawda i Straż nocna pozwoliły mi zgłębić świat Świata Dysku przez co wreszcie mogłem skupić się na tej konkretnej historii i przesłaniu jakie z sobą niesie.
Jednocześnie, nie jestem w stanie tego przesłania ubrać w słowa. To coś, jak piosenka zagrana przez Buddiego na harfie, myśl w czystej postaci, którą każdy musi odkryć dla siebie i tylko sobie rozwinąć. A gdybym miał wybrać jeden, “ulubiony” cytat byłby to ten:
- Co się stało z tym… no wiesz… “zmienić los jednego człowieka, to zmienić świat”.
- CZASAMI ŚWIAT WYMAGA ZMIANY.
Tak, w tej chwili z czystym sumieniem polecam wam Muzykę… o ile (i tylko wtedy) nie będzie to wasze pierwsze spotkanie z twórczością Pratchetta. Gwarantowany dobrze spędzony wieczór (czy dwa) i dobre samopoczucie na dokładkę.
gry and notki
20 Sep 2008
Coś się zaczyna po raz drugi
Kiedy niemal rok temu egranizacja Wiedźmina ujrzała światło dzienne przez moją głowę przewinęła się cała gama emocji od ekscytacji (produktem), przez frustrację (ślamazarnością działania) po zachwyt (fabułą). Po wypuszczeniu drugiego patcha (i zakupieniu przeze mnie dodatkowej kości ramu) z niekłamaną przyjemnością ukończyłem rozgrywkę z wypiekami na twarzy.
Następnie Wiedźmin wylądował na półce pośród innych tytułów i zaczął zbierać kurz. Późniejsza awaria dysku, która pozbawiła mnie wszekich zapisów stanu gry skutecznie zniechęciła mnie do ponownego jej ukończenia po którejś ze stron konfliktu (a trzeba wam wiedzieć, że pierwsze podejście miałem “neutralne”). Prawdopodobnie nie tknąłbym go jeszcze przez dłuższy czas, gdyby nie autorzy i ich Edycja Rozszerzona, która wczoraj trafiła do sklepów.
Jak logika nakazuje, każdemu, kto juz kupił Wiedźmina owa edycja została udostępniona za darmo w formie paru plików do ściągnięcia. Będąc bardziej precyzyjnym, wszystkie (interesujące mnie) łatki i dodatki miały coś koło 1,7GB. Sporo, ale na szczęście czasy 128kb łącz mamy już za sobą. Po pobraniu nastąpiły dwa zasadnicze zgrzyty.
Plik readme sugeruje, by przed instalacją edycji rozszerzonej usunąć już istniejącą instalację. Konia z rzędem temu, kto wytłumaczy mi, co taka informacja robi w pliku upgrade’ującym starsze wersje. Pomijam tu fakt, że tylko przez przypadek przeczytałem to zalecenie i się do niego zastosowałem 1. Ponowna instalacja gry okazała się niepotrzebną stratą czasu, szczególnie gdy czekało mnie jeszcze dwugodzinne uaktualnianie plików gry. Szczęka osunęła mi się parę centymetrów w dół, gdy zobaczyłem ten komunikat i co gorsza, nie było w nim ani krzty przesady. Krótko mówiąc, od chwili rozpoczęcia ściągania do momentu, w którym uruchomiłem grę minęło około 5 godzin.
Długo, nawet bardzo, ale na całe szczęście przykre wrażenie prysło niczym bańka mydlana już w parę sekund po rozpoczęciu przygody. Nie wiem, na ile REDzi optymalizowali kod, ale mimo iż od roku konfiguracja mojego kompa się nie zmieniła, gra chodzi wyraźnie szybciej. Co więcej, zapowiadane 80% przyspieszenie ładowania poziomów faktycznie ma miejsce. Jako, że gram od początku nie odwiedziłem jeszcze naprawdę dużych obszarów, ale jest to zauważalne. Diametralnie poprawia to dynamikę gry, bo człowiek rezygnuje z sięgania po książkę co 2 minuty.
Pozostałe usprawnienia w postaci szybkiego “lootowania” zabitych przeciwników, czy automatycznej segregacji inventory też trzeba policzyć na plus. Tak samo jak różne wersje językowe również udostępnione do pobrania (zadanie dla ambitnych – przejść Wiedźmina w wersji niemieckiej z rosyjskimi napisami :)) czy nowe animacje ruchu.
Gra dobra stała się doskonała? Daleki jestem od takich podsumowań, może gdy po raz kolejny ją ukończę. Nie zmienia to jednak faktu, że wydanie Edycji Rozszerzonej ponownie zachęciło mnie do wcielenia się w skórę Geralta, a przecież tak na prawdę o to chodziło autorom, prawda?
1. W 99% przypadków wszelkie readme i licencje akceptuję bez zastanowienia – o ile nie muszę podać swoich danych osobowych.
książka and notki
4 Sep 2008
Gwiazdozbiór Kata
Zabić człowieka to zbrodnia, którą w średniowieczu karano zwykle odpłacając pięknym za nadobne. Gdy morderca targnął się na życie kogoś z wyżej postawionych na drabinie społecznej miał niemal zapewnioną długą i bolesną śmierć. Tłuszcza zwykła w takich chwilach gromadzić się tłumnie by z poczuciem sprawiedliwości obserwować kaźń.
Tę zwykł dokonywać kat – kojarzący się z wielkim toporem i czerwonym (bądź czarnym) kapturem człowiek, który w mniemaniu plebsu stanowił nie mniejsze zagrożenie od oprawianego nieszczęśnika.
Gwiazdozbiór Kata Rafała Dębskiego opowiada historię takiego właśnie kata. A może powinienem powiedzieć kata innego niż pozostali. Inteligentnego, prawdziwego mistrza w swoim fachu, roznoszącego po świecie Czarną Śmierć, bratającego się ze szczurami i mającego za jedynego druha duszę zamordowanej ukochanej.
Szczegóły fabuły sobie daruję, bo 240 stron, jakie liczy książka, wprawny czytelnik połknie w jeden wieczór. Wiedzcie jednak, że jest to pierwsza książka, z którą miałem do czynienia, zawierajaca tak naturalistyczne opisy kaźni. Gdy Jakub rozprawia się z Malachiaszem niemal czuć zapach krwii spływającej po szafocie i słychać wrzaski męczonego. I choć brzmi to sadystycznie można wynieść z nich wiele ciekawych informacji.
Poza tym równie ciekawe są rozmowy jakie Jakub prowadzi z innymi ludźmi oraz z Blanką, wspomnianą duszą ukochanej. Wychodzi z nich nie tępy osiłek, a profesjonał, traktujący swoje zajęcie z powagą i mający jasno określone zasady, którymi kieruje się w życiu.
Podsumowując, podobał mi się:
- przedstawiony świat
- postacie z szczególnym uwzlgędnieniem głównego bohatera
- historia trzymająca się kupy
Darowałbym sobie przez:
- niektóre monologi Jakuba, zwłaszcza z początku książki – strasznie przynudzał
- zagmatwane, choc ostatecznie niezłe zakończenie
Książka na raz jak znalazł, więc może warto sprawdzić, czy miejscowa bibliteka nie ma jej w posiadaniu.
książka and notki
3 Sep 2008
Zakon Krańca Świata
Jesteś wierzący? Spodziewasz się zatem Apokalipsy, Sądu Ostatecznego, który odmieni życie na Ziemi. A może wychowałeś się w duchu mitologii skandynawskiej? Nie jest Ci zatem obcy Ragnarök, zmierzch bogów i zagłada gatunku ludzkiego. Być może jednak jesteś muzułmaninem, świadomym nieuchronnego przyjścia Antychrysta i piorunów spopielających niewiernych?
A teraz wyobraź sobie, że pewnego pieknego dnia wszystko to ma miejsce. Z nieba walą pioruny, oceany wdzierają się w głąb lądu niszcząc wszystko co napotkają na swojej drodze, a istoty podobne do aniołów porywają ludzi w przestworza by zaznali innego, lepszego życia.
Następnie wyobraź sobie, że dla Ciebie zwyczajnie zabrakło miejsca. Nie zostałeś wybrany, nie zginąłeś pod zwałami gruzów w jakie obróciły się wszystkie miasta. I jeżeli sądzisz, że miałeś niewiarygodne szczęście, porzuć tą myśl, bo właśnie trafiłeś do piekła na ziemii.
Maja Lidia Kossakowska, autorka dwutomowej powieści Zakon Krańca Świata przedstawia czytelnikowi Ziemię, jakiej (miejmy nadzieję) nigdy nie będzie miał okazji poznać. Kojarzącą się z postnuklearnym światem Fallout’a zaprawionym szczyptą magii. Ziemię, na której grupa regilijnych przywódców, poznawszy moc kontroli rzeczywistości, zafundowała swoim wyznawcom Armagedon. Świat, w którym grupa “buntowników”, posiadłszy niewspółmiernie mniejsze zdolności stara się przywrócić równowagę w świecie, który cofnął się do czasów niemal neandertalskich. I można przypuszczać, że nie mają najmniejszych szans.
Cała historia zaczyna się od momentu, w którym Grabieżca Lars Bergerson włamuje się do Biblioteki w dominium Mistrzów Blasku, odmieniając tym samym swoje życie… wróć, nie ta bajka. Od momentu, w którym Lars Bergerson omal nie odmienia życia na Ziemi… znowu nie to. Od chwili, w której Lars Bergerson musi ratować swój i zupełnie mu obcy tyłek nie uzyskawszy niemal nic. Wiedziony chwilowym impulsem postępuje wbrew sobie, pakując się w coraz większe bagno, by po wielu perypetiach sięgnąć absolutnego dna. Wspomagany przez życzliwe mu osoby wyrusza w podróż, która wiedzie go przez bagna szaleństwa i lasy krwawch ofiar. Kończy się natomiast.. no, tego przecież nie zdradzę.
Podsumowując. Co mi się podobało?
- pseudo-postnuklearny świat, w którym rację ma ten, kto ma pieniądze i siłę.
- główny bohater, niemal z krwii i kości, targany emocjami i nieustaninnie zmagający się z własnym sumieniem i przeciwnościami
- dopełnienie się historii, bez niedomówień i półodpowiedzi
- smaczki w rodzaju kart kredytowych “robiących” za talizmany szczęścia
Co mogło być inaczej? (uwaga, czepiam się pierdół)
- wizje, nawiedzające Larsa – mimo, że ciekawe, to czasami zbyt odjechane
- dokładniejsze przedstawienie historii świata, a w szczególności Armagedonu w wykonaniu Mistrzów Blasku
- no i chętnie przeczytałbym o tym co było później
Jak widać czepiam się trochę na siłę i w sumie nic dziwnego, bo Zakon Krańca Świata mogę z czystym sumieniem polecić każdemu fanowi fantastyki.
Uprzejmie donoszę
Żyję i mam się dobrze, jednak wena (a raczej jej brak) nie pozwala mi na skuteczne zapełnienie bloga treścią. Owszem mógłbym poświęcić się jałowej paplaninie o “dupie Maryni”, ale ani by to było śmieszne, ani ciekawe.