April 2009


książka and notki 11 Apr 2009

Gildia Magów, Nowicjuszka, Wielki Mistrz – na te trzy tytuły składa się owa trylogia. 3 książki, które połknąłem w ciągu ostatniego tygodnia poświęcając im czas w pociągu, w przerwach “obiadowych” i wieczorami (a gdyby to było możliwe czytałbym również w i podczas pracy). Chodziłem przez to z lekka niewyspany, bo syndrom “jeszcze jednego rozdziału” dawał mi się we znaki, ale przynajmniej wyjaśniły się moje problemy ze snem jako takim.

Cała historia skupia się na dziewczynie imieniem Sonea, która zupełnie przypadkowo odkrywa w sobie talent magiczny, co momentalnie sprowadza jej na głowę masę kłopotów. Sztuka ta bowiem zarezerwowana jest jedynie dla magów, szkolonych od wieków w kyrallijskiej Gildii. Potencjalni magowie są wyszukiwani pośród dzieci możnych rodzin, tak więc odkrycie talentu w osobie bylca – jakby nie patrzeć najniższej warstwy społecznej – jest niebezpieczne nie tylko dla Sonei, ale i dla całego miasta. Tak w skrócie mógłbym własnymi słowami opisać początek pierwszego tomu, nie zdradzając wam jednocześnie za wiele.

Jeżeli na dźwięk słów “młoda magiczka” mimowolnie przyszedł wam do głowy Harry Potter to spieszę z wyjaśnieniem, że przygody Sonei w niczym nie przypominają przeżyć małoletniego Bryta z błyskawicą na czole. Przede wszystkim są bardziej dojrzałe, a problemy w nich poruszane można by z łatwością dopasować do naszego świata. Mamy więc uprzedzenia rasowe, nienawiść dla wszelkiej odmienności, wywyższanie się arystokratów i wyzysk warstw ubogich. Jest walka z wyzyskiem, regularna wojna i sprzymierzenie przeciw wspólnemu wrogowi. Jest nienawiść, odrobina miłości, trochę szczęścia i wiele innych uczuć. Jak się teraz zastanowić, nic dziwnego, że na koniec miałem szalenie mieszane uczucia, gdzie triumf mieszał się z smutkiem i niepewnością.

Bo przyznać muszę, że udało się Trudi Canavan, autorce, na tyle wciągnąć mnie w swój świat, że po zamknięciu Wielkiego Mistrza pozostała we mnie jakaś pustka, która gryzła mnie jeszcze przez następny dzień. Ciekaw jestem, czy planowana jest jakaś inna seria dziejąca się w tym świecie, bo postacie na pewno nie zostały do końca wyczerpane i historia aż prosi się o ciąg dalszy.

A jeżeli nawet żadnego ciągu dalszego nie będzie, to Trylogię polecam wam z całego serca, bo to druga książka z jaką miałem do czynienia, w której magowie nie dzielili się na białych i czarnych dając pole do popisu całej gamie odcieni szarości.

miniblog 7 Apr 2009

Albo mnie się zdaje, albo zaczynam mieć kłopoty ze snem. Nie, że w ogóle nie mogę spać, ale nijak nie jestem w stanie zasnąć przed 23. I to mimo zmęczenia, bo to, szczególnie po “zajętym” weekendzie, daje o sobie znać. A jutro o 6 znowu zadzwoni budzik… byle do soboty.

muzyka and notki 6 Apr 2009

4 kwietnia 2009, Eskulap, Poznań. InDespair, Bloodbound, Sabaton.

Nie będę owijał w bawełnę, nie wiem, jak opisać ten wieczór – za dużo się działo, za wiele w sferze czystych emocji. InDespair pokazał dokładnie tyle ile miał do pokazania czyli 6 znanych mi utworów – niewiele, ale udało im się ruszyć publikę na tyle, by zejść ze sceny z oklaskami (acz nie przypominam sobie, by ktoś skandował ich nazwę – nie ta liga, jeszcze nie). Jednocześnie odczuli też gorącą (dosłownie) atmosferę tej niewielkiej w sumie sali. Z nas pot lał się strumieniami, a przynajmniej tak nam się zdawało.

Mieliśmy jednak czas ochłonąć, bo zanim Bloodbound uraczył nas swoją obecnością mineło dobre pół godziny. A gdy już ruszyli zatrzymali się dopiero po 40 minutach ciągłego grania. Nie znałem ich kawałków, wiedziałem tylko ogólnie czego się spodziewać, a rzeczywistość okazała się na tyle dobra, że ze Staszkiem kupiliśmy w przerwie ich najnowszą płytę. I tu mała dygresja: primo, płyta ma mieć swoją premierę 21 kwietnia, tak więc dostaliśmy ją w sumie przedpremierowo, secundo zaś – szczęśliwie dla nas, tuż obok sklepiku przystanął wokalista co zaowocowało autografami na płycie i biletach. Już wtedy powiedziałem mu, że zdarłem sobie gardło wrzeszcząc razem z tłumem i znowu życie postanowiło zweryfikować mój pogląd.

Niemal równo o 22 rozległy się pierwsze dźwięki Sun tzu says, a potem… Piosenka, okrzyki, oklaski, okrzyki, piosenka, Brodén w pełnym uśmiechu dziękujący za nakręcającą się automatycznie atmosferę. Sam znam większość ich utworów, ale gdy przychodzi do śpiewania, słowa zwrotek plączą się i giną w mrokach niepamięci, mimo to na każdym refrenie darłem się w niebo głosy wraz z tłumem. Jak na tą ilość osób miejsca było niewiele, a dodatkowo brak jakiejś sensownej klimatyzacji szybko wypełnił wolną przestrzeń ponad naszymi głowami zapachem “spoconego łosia” – ale tym akurat nikt się nie przejmował. Z czasem coraz trudniej było klaskać, śpiew urywał się, gdy wysokie tony całkowicie odmawiały posłuszeństwa, ale mimo tego ani na chwile nie zwolniliśmy. Najbardziej zadziwiał mnie samego fakt, że głośne “Sa-ba-ton” mogłem krzyczeń za każdym razem. W końcu też doczekaliśmy się “40-1″, które jest, jakby nie patrzeć, najbardziej rozpoznawalną ich piosenką w naszym kraju. W zamian oddaliśmy resztki energii jakie w nas zostały, ja sam pozbyłem się ostatnich strun głosowych, a jakby tego było mało, chwilę później rozległo się głośne “Dzię-ku-je-my” + “Sto lat” (ot, tak spontanicznie). Wszystko zakończył Metal machine, a potem uderzyło nas świeże powietrze sobotniej nocy. Wtedy też uświadomiłem sobie, że jedyne co mam na sobie suche to okulary, a z gardła wydobywa się chrząkanie, które w zamyśle ma być artykułowaną mową :)

Serio, często na koncerty nie chodzę, ale po takim czymś człowiek ma ochotę co tydzień tak się bawić. Mnie jeszcze do wczoraj wieczora “trzymało”, a i teraz, gdy pisałem te słowa naszła ochota by zaśpiewać pełną piersią. Będę musiał sprawdzić rozkład jazdy klubów na najbliższe miesiące. Na pewno coś się znajdzie.

PS. Staszek podrzucił mi kanał na youtube z zapisem wszystkich utworów z tamtego wieczóru – jakość nawet niezła, gdy nie śpiewają ;) To w sumie niewiele, więc polecam jako ciekawostkę.

muzyka and notki 5 Apr 2009

Nie jestem i nigdy nie uważałem się za audiofila. Mam wyrobiony gust, wiem co mi się podoba, czego nie cierpię, a co ignoruję. I w sumie tyle. Patrząc na półkę, pośród rosnącego zbioru książek znalazłbym 4 czy 5 płyt CD z muzyką, które kupowałem zwykle pod wpływem impulsu (np. Tenacious D, po ich świetnym filmie Pick of Destiny)), nigdy zaś z premedytacją.

Tym dziwniejszy może wydawać się fakt, że w piątek dotarła do mnie paczka z merlina, a w niej dwupłytowy zapis koncertu Iron Maiden z Dortmundu A.D. 2003. Co w tym dziwnego? Ano płyty są czarne, duże i mają rowki. Dzięki młodzieńczej pasji mojego ojca uchował mi się w domu całkiem sprawny adapter, więc pomyślałem czemu by nie sprawdzić, jak “moja” muzyka będzie na nim brzmieć.

I w sumie brzmi ok, ba powiedziałbym, że same płyty to istne cudeńko i tylko wiek sprzętu psuje wrażenie całości. Z drugiej strony, podkręcona głośność, tłum śpiewający pierwsze wersy Fear of the dark czy Hallowed by the name – aż chciałoby się tam być.

Ignorant ze mnie, należało na początek wtrącić parę słów o samym albumie. Death on the road to dwa winyle, na których zmieściło się 16 utworów, wszystko zamknięte w kartonowym opakowaniu ozdobionym podobizną czegoś (kogoś?) co niewątpliwie ma w rodzinie Eddiego, maskotkę Maidenów. Warte swojej ceny, jakby kto pytał.

No i teraz pozostaje pytanie, czy skoro powiedziało się “A” to należy powiedzieć “B”. Jeden album to takie nic, ani do ustawienia na półce, ani do dłuższego słuchania. Z drugiej strony sprzęt + kolejne płyty to drogi interes więc chyba jednak zostanę przy książkach, zwłaszcza, że dorwałem ostatnio Gildię magów i choć jeszcze nie skończyłem, już ostrzę sobie zęby na następne tomy.

Już kończę, choć początkowo chciałem napisać jeszcze o wczorajszym koncercie Sabatona w poznańskim Eskulapie, jednak po namyśle zostawię to na następną (jutrzejszą?) notkę. Bo z tym całym pisaniem jest jak z jedzeniem – lepiej częściej a mniej, niż raz, a dużo, co kończy się rozstrojem żołądka.

miniblog 1 Apr 2009

Będzie krótko – jeżeli spodziewaliście się jakiś niestworzonych wiadomości to sorry, nie ten adres. Przyznam, że po całym dniu mam już po dziurki w nosie wszystkich cudów, szokujących newsów i tym podobnych. Jakby cały pierdolony internet zamienił się w pudelka czy inny szmatławiec pokroju faktu czy super expressu. Ot – co za dużo, to niezdrowo.

« Previous Page