notki 2 Jul 2010

4 kwietnia. Jak ten czas leci. Kiedy ostatnio odzywałem się na blogu wiosna niemrawo wychylała się zza węgła, skrawek po skrawku zabierając Polskę zimie, a powódź, o której co niektórzy pewnie już zapomnieli, miała dopiero nadejść.

Ja, odrestaurowawszy rower, zaczynałem pierwsze wycieczki po ponad roku abstynencji, by (na dzień dzisiejszy) dojść do 30km wyprawy nad jezioro. Biegi, które tak sobie chwaliłem, odeszły na boczny tor, lecz gdy najdzie mnie ochota z pewnością do nich powrócę. Basen też odwiedziłem dochodząc do (wystarczającej jak dla mnie) 20 odległości przepłyniętych pod rząd. Nie mogę narzekać.

Gdy się ostatnio odezwałem, krótko po Prima Aprilis, moja praca magisterska wyglądała jak dowcip, nadpoczęta jak nieświeży pączek. Przyznaję bez bicia, motywacji do jej napisania wciąż mam mało. Bo co to jest papierek, tytuł magistra. Ważniejsze jest to co wiem, co umiem. Jednocześnie nie odpuściłem sobie absolutorium, z czego później przyszło mi się cieszyć. Koniec końców miło było poczuć się choć przez chwilę studentem – takim na 100%.

Dwa miesiące temu na mojej półce stała pokaźna kolekcja książek. Od tego czasu przybyło kilka tytułów, dwie trylogie, a nawet jedna dylogia. O przynajmniej paru z nich planowałem napisać choć parę słów. Kilka z tych nieudanych prób wciąż czeka w kolejce na opublikowanie, choć pamięć o szczegółach fabuły opisywanych powieści już dawno się zatarła. Mogę część wymienić: Cmętarz Zwieżąt, Samozwaniec, Era Pięciorga czy Brudnopis z Czystopisem, ale szerszą rekomendację będę musiał sobie darować.

Przez te osiem tygodni dwukrotnie usłyszałem też, że mnie ktoś podmienił. Jak to tak, zapytacie. Jeżeli mieliście okazje poznać mnie trochę lepiej lub chociaż zadaliście sobie tyle trudu, by przeczytać “o autorze” to wiecie, żem gbur, mruk i maruda aspołeczna. Muszę wam się przyznać, że z jakiegoś powodu (no, pewnie kilku) zaszła we mnie przemiana niczym wody w wino. Do ideału jeszcze sporo brakuje, ale obiecuję dalej się starać.

Było, było, było.. a co będzie? Już jutro zaliczenie projektu dyplomowego. Powstawał w nie mniejszych bólach niż magisterka, ale myślę, że podołaliśmy wyzwaniu. W niedzielę wesele w rodzinie, więc pisanie pracy będzie musiało poczekać. Czy dostaniemy czas do września, czy tylko do sierpnia, okaże się jutro. Za miesiąc kolejny wypad do Wrocławia i bliżej niesprecyzowany gdzieś dalej (góry?). We wrześniu (o ile nie nadzieję się na obronę) myślę wybrać się do Edynburga, jako, że ciągnie mnie do tego miasta już od paru lat. A potem? A cholera wie. Z końcem studiów kończy się kolejny etap, a potem zostaje już “tylko” reszta życia do przeżycia, prawda? ;)

coś dla ducha and notki and sport 5 Apr 2010

Tym przydługim (i pewnie po stokroć kłamliwym) tytułem postanowiłem podsumować ostatnie parę dni. Jakkolwiek bowiem sezon rowerowy udało mi się rozpocząć jeszcze w marcu, dopiero teraz, w okresie świąt, miałem czas i siły, żeby pojeździć trochę więcej.

Trochę, to piętnaście kilometrów w sobotę i kolejne dwadzieścia w dniu wczorajszym. Jeden powie, że dużo, drugi, że pewnie nawet nie miałem okazji się spocić. A prawda jak zwykle leży po środku. Z kondycją u mnie nie najgorzej, więc nawet przez chwilę nie musiałem się bać, że język wkręci mi się w łańcuch. Mimo to, na dalsze wypady przyjdzie jeszcze czas, a na razie odwiedziłem pobliski Racot (i objechałem po wszystkim Kościan) oraz pobuszowałem po lesie koło pobliskiego Kiełczewa. Czysta przyjemność. Przy najbliższej okazji kupię jakikolwiek licznik, żeby nie brać odległości na oko.

No tak, ale świąteczny weekend trwał trzy dni. Początkowo planowałem iść na basen, ale z góry (błędnie!) założyłem, że będzie nieczynny. Na całe szczęście wspomniałem Marcie o moich ambitnych planach dot. biegania rekreacyjnego. Ambitnych to w gruncie rzeczy mało powiedziane. Poza sprintem na 200 metrów który okazjonalnie uprawiam w Poznaniu (odjeżdżający za chwilę pociąg jest doskonałą motywacją do wykrzesania z siebie sił) ostatni raz miałem okazję przebiec dłuższy dystans w podstawówce podczas testu Coopera. Dokładny wynik tamtej próby zatarł już się w mojej pamięci, ale oscylował w granicach 1,5km – czyli coś między źle a tragicznie. Dzisiaj nie zamierzałem tego powtarzać, za to udało mi się przebiec 13 pełnych kółek plus jedno, które przespacerowałem zbierając siły do dalszego biegu. Marta oczywiście mnie przebiła zatrzymując się tylko gdy kończyliśmy pierwszą “piątkę”, ale liczę, że następnym razem będę równie wytrzymały. Z tego miejsca dziękuję jej też za dotrzymanie mi towarzystwa :)

Spytacie może po co to wszystko? Proste – dla własnej satysfakcji. Mam siedzącą pracę, siedzące hobby, w podróży też nic tylko siedzę. Taka godzina ruchu, nawet jeżeli zakończona zaczerwienioną twarzą i ciężkim oddechem to wspaniała odmiana. A świadomość tego, że “wczoraj jeszcze robiłem 2 kółka, dziś mogę bez zadyszki zrobić pięć” tylko dodaje skrzydeł. Limit? Cel? Nie mam i nie potrzebuję. Grunt to cieszyć się każdą aktywnie spędzoną chwilą, a nie zmuszać się do niej. I tak do tego podchodzę.

Ps. Dzisiaj, we wtorek, odwiedziłem (do kompletu) basen. Z wszystkich tych ćwiczeń ten chyba jest najbardziej wyczerpujący. Choć może to “wina” wczorajszych biegów i zmęczenia mięśni

książka and notki 14 Mar 2010

Chyba od dwóch miesięcy wordpress dopominał się o aktualizację, więc w końcu się doczekał. Nie o technikaliach dzisiaj jednak będzie, a o książce, jednej z wielu jakie kupiłem w ostatnim czasie, a o których nie wspomniałem tutaj ani słowem.

Tytułowy Zaginiony symbol to piąta powieść Dana Browna, a trzecia traktująca o harwardzkim profesorze Robercie Langdonie. Walczył on już z illuminati, poszukiwał świętego gralla, a teraz przyszło mu się zmierzyć z tajemnicami skrywanymi przez lożę masońską. Jest to o tyle ciekawe, że w przeciwieństwie do poprzednich masoni istnieją do dziś i mają się całkiem dobrze.

Muszę zaznaczyć, że nie miałem okazji zapoznać się z oryginałem (w takim empiku życzą sobie za niego dobre 100 zł – może i jestem książkofilem, ale na głowę nie upadłem). Niemniej tłumaczenie Zbigniewa Kościuka przypadło mi do gustu. Trzyma poziom poprzednich.

Zganić natomiast należałoby samego Browna, który przynajmniej 4krotnie podpadł mi wykorzystując schematy znane z poprzednich powieści (!). Dość wymienić (nie psując wam fabuły), że w pewnym momencie pojawi się oculus (pod takim znaleziono pierwszego z porwanych kardynałów w Aniołach i Demonach), czy zwrot “without wax“, po polsku zupełnie tracący swoje znaczenie, natomiast będący (wybaczcie kolejne zapożyczenie) running gag‘iem innej powieści Dana – Cyfrowej Twierdzy. Zastanawiało mnie i wciąż zastanawia, czy były to celowe zapożyczenia, swoiste puszczenie oka do czytelnika, czy też zwykła niemoc twórcza i brak pomysłów na inne poprowadzenie akcji.

Akcji, która trzeba przyznać rwie do przodu z zawrotną prędkością, będąc jednocześnie schematyczną do bólu. Mamy tajemniczego antagonistę, zagubionego protagonistę i szereg postaci pobocznych, które dopiero na końcu powieści stają po właściwej sobie stronie barykady. Jednych nie lubimy, inne widzimy w niewłaściwym świetle, by koniec końców stwierdzić, że są nam obojętne.

Zawiodłem się natomiast na samej postaci Langdona – tego nad wyraz inteligentnego faceta, który tym razem (i nie będzie to chyba z mojej strony nadużycie waszego zaufania w kwestii spoilerów) musiał być parokrotnie prowadzony “za rączkę” samemu nie będąc w stanie rozwikłać łamigłówki. W tym, co nawet smutniejsze, w samym finale.

Gdy czytałem Zaginiony symbol zdarzyło mi się parokrotnie zastanowić, jak ta czy inna scena wyglądałyby na srebrnym ekranie. Pod tym względem książka nie utrudnia, skupiając swoją fabułę wokół najbardziej charakterystycznych budynków Waszyngtonu. Kapitol, pomnik Waszyngtona czy mauzoleum Lincolna przewijają się przynajmniej parukrotnie, a inne lokacje z pewnością mogą być odworzone w studiu. Szczególnie jestem ciekaw labolatorium Katherine Solomon, głównej postaci kobiecej książki, do którego określenie pitch black pasuje jak ulał.

Koniec końców, nie bawiłem się przy Symbolu tak dobrze, jak przy poprzednich powieściach. Gdybym miał drugi raz zdecydować o zakupie, pewnie bym tego nie zrobił, tylko wybrał się do biblioteki lub poczekał, aż ktoś znajomy sobie go sprawi. Co, w szczególności, jeżeli nie znacie innych książek Browna, mogę wam polecić.

notki 31 Jan 2010

Sobota, 30 stycznia 2010
18:34 witajcie na zywo z zapomnianej przez drogowcow wsi gdzie utknalem ok 13 i do teraz nie widze szans na powrot

18:37 jak do tego doszlo? Ano naszla mnie ochota zmienic samochod. Pojechalismy, nie byl fajny, ale przyszla fajna sniezyca

18:38 w polaczeniu z wiatrem w pol godziny zasypala jedyna droge wyjazdowa z tej wioski, imie ktorej ma byc zapomniane.

18:40 ci co probowali przejechac wracali szybko ciagnieci przez traktory miejscowych. My sami po 3 godzinach sprobowalismy drogi przez las

18:43 szlo dobrze do chwili w ktorej ten las oposcilismy. Wbilismy sie w taka zaspe ze nie ma zmiluj. A zaczelo sie zmierzchac

18:45 przyznam szczerze, spacer przez ciemny las z kijem w reku (a bo to ja wiem czy tam jakies wilki nie sa?) byl dosc stresujacy.

18:50 u lesniczego dostalem kontakt do rolnika ktory pomogl nam wydostac sie spowrotem do lasu. Sam sie przy okazji tez zakopal

19:38 wrocilismy do ‘naszej’ wioski. Traktor ktory przyjechal oczyszczajac droge wraca robiac wyrwe w pol metrowej zaspie. Nie ma szans na wyjazd dzis

19:39 znalezlismy nocleg w gospodarstwie agroturystycznym, do rana starczy a potem sprobujemy znow opuscic te strony.

Niedziela, 31 stycznia 2010
08:12 dzien dobry dnia drugiego. Mimo braku bierzacej wody nie moge marudzic na pokoj w ktorym spalismy. Lepsze stale 17-18 stopni niz ruchome 5-20

08:14 patrzac za okno jestem optymista. Snieg nie pada, wiatr tez sie uspokoil. Jak tylko nasi gospodarze wstana pozegnamy sie i sprawdzimy jak droga

12:54 oj zawiało, zasypało. gdy ruszyliśmy rano zaspy na drodze wyjazdowej sięgały grubo ponad dach samochodu

12:55 na szczęście mróz był naszym sprzymierzeńcem i uspokoił ten cholerny wiatr. Wronki, Szamotuły, Oborniki, Poznań.. trasa wygląda koszmarnie

12:56 ale przynajmniej była przejezdna.

12:59 teraz jestem już po śniadaniu, ciepłej kawie i prysznicu. No i wiem, że drugi raz takiej przygody nie chcę ;) over and out

Powyższy tekst stanowi krótki zapis tego, co przeżyłem w ten weekend. Jest to niemal dokładna kopia bliploga, z pominięciem tagów i małą korektą chronologiczną. I jakkolwiek może to wydawać się dziwne, patrząc na to z perspektywy przytulnego i ciepłego wnętrza mojego domu, była to niezła przygoda.

Ps. Tytuł być może i jest przesadzony, ale skojarzenia nasunęły mi się same w momencie gdy przypomniałem sobie, że jedną z ostatnich wiosek jakie mijaliśmy po drodze, zanim utknęliśmy był.. Czyściec.

głupoty and notki 3 Jan 2010

Doprawdy, jeszcze dzień, dwa przed sylwestrem gotów byłem stwierdzić, że tak naprawdę mogło by go wcale nie być i zadowoliłbym się w zupełności 3-4 dniowym wolnym jakie wielu z nas przypadło w udziale.

Dzisiaj, ostatniego dnia tego lenistwa podpisuję się pod tym rękami i nogami. I to mimo tego, że wyjazd sylwestrowy udał się praktycznie w 100%. Ot pomijając kanonadę o 12 dzień ten (i wieczór) nie różnił się niczym od pozostałych. Mówi się – nowy rok, carte blanche, wszystko cacy. A g..uzik prawda. Pomijając zmianę cyferki w kalendarzu niczym, absolutnie niczym dni nie różnią się od poprzednich.

Mimo to, w ten jeden wieczór życzymy sobie jak najlepiej, pomyślności, lepszego życia i zdrowia. Dziękuję za te życzenia które otrzymałem, przesyłam tym, do których być może nie dotarły w tej świątecznej burzy wiadomości (a znam przynajmniej dwa takie zaginione w akcji smsy).

I żyjemy dalej.

Next Page »