Trochę ruchu jeszcze nikogo nie zabiło
Tym przydługim (i pewnie po stokroć kłamliwym) tytułem postanowiłem podsumować ostatnie parę dni. Jakkolwiek bowiem sezon rowerowy udało mi się rozpocząć jeszcze w marcu, dopiero teraz, w okresie świąt, miałem czas i siły, żeby pojeździć trochę więcej.
Trochę, to piętnaście kilometrów w sobotę i kolejne dwadzieścia w dniu wczorajszym. Jeden powie, że dużo, drugi, że pewnie nawet nie miałem okazji się spocić. A prawda jak zwykle leży po środku. Z kondycją u mnie nie najgorzej, więc nawet przez chwilę nie musiałem się bać, że język wkręci mi się w łańcuch. Mimo to, na dalsze wypady przyjdzie jeszcze czas, a na razie odwiedziłem pobliski Racot (i objechałem po wszystkim Kościan) oraz pobuszowałem po lesie koło pobliskiego Kiełczewa. Czysta przyjemność. Przy najbliższej okazji kupię jakikolwiek licznik, żeby nie brać odległości na oko.
No tak, ale świąteczny weekend trwał trzy dni. Początkowo planowałem iść na basen, ale z góry (błędnie!) założyłem, że będzie nieczynny. Na całe szczęście wspomniałem Marcie o moich ambitnych planach dot. biegania rekreacyjnego. Ambitnych to w gruncie rzeczy mało powiedziane. Poza sprintem na 200 metrów który okazjonalnie uprawiam w Poznaniu (odjeżdżający za chwilę pociąg jest doskonałą motywacją do wykrzesania z siebie sił) ostatni raz miałem okazję przebiec dłuższy dystans w podstawówce podczas testu Coopera. Dokładny wynik tamtej próby zatarł już się w mojej pamięci, ale oscylował w granicach 1,5km – czyli coś między źle a tragicznie. Dzisiaj nie zamierzałem tego powtarzać, za to udało mi się przebiec 13 pełnych kółek plus jedno, które przespacerowałem zbierając siły do dalszego biegu. Marta oczywiście mnie przebiła zatrzymując się tylko gdy kończyliśmy pierwszą “piątkę”, ale liczę, że następnym razem będę równie wytrzymały. Z tego miejsca dziękuję jej też za dotrzymanie mi towarzystwa :)
Spytacie może po co to wszystko? Proste – dla własnej satysfakcji. Mam siedzącą pracę, siedzące hobby, w podróży też nic tylko siedzę. Taka godzina ruchu, nawet jeżeli zakończona zaczerwienioną twarzą i ciężkim oddechem to wspaniała odmiana. A świadomość tego, że “wczoraj jeszcze robiłem 2 kółka, dziś mogę bez zadyszki zrobić pięć” tylko dodaje skrzydeł. Limit? Cel? Nie mam i nie potrzebuję. Grunt to cieszyć się każdą aktywnie spędzoną chwilą, a nie zmuszać się do niej. I tak do tego podchodzę.
Ps. Dzisiaj, we wtorek, odwiedziłem (do kompletu) basen. Z wszystkich tych ćwiczeń ten chyba jest najbardziej wyczerpujący. Choć może to “wina” wczorajszych biegów i zmęczenia mięśni
W WoWa pograłem dzięki Ryu (thanks again) i przyznam, że całkiem zrozumiałe jest to, że aż tyle osób nie może się od niego oderwać. Grałem 10 dni, po godzinkę, dwie dziennie, a jak sie okazuje poznałem może jedną pięciotysięczną (albo i jeszcze mniejszą) tego świata. Inna sprawa, że choćby nie wiem jak wciągający to był świat tak prozaiczna rzecz jak abonament (i to nie najniższy) skutecznie trzyma mnie z dala od świata Azeroth.
W Guild Wars natomiast gram od niedawna, z wolna poznając tamtejszy świat, bo i brak abonamentu pozwala mi się nie spieszyć. Tyle, że nie za bardzo chce mi się żyć w klimatach średniowiecznych Chin, pomieszanych z pustynnym klimatem Egiptu (a tak odbieram fragment tamtego świata, który do tej pory poznałem). Brak mi tej otwartości, którą cechuje się WoW, oraz hmm.. tego czegoś. No, ale jeżeli po wydaniu GW2 serwery starych części nadal będą stały, to może poświęcę im trochę czasu.
Last but not the least, Tibia, to dla mnie klasyka, w sensie czasu grania. Zgodnie z informacjami przy koncie, założyłem je 24 grudnia 2003 roku – kawał czasu jak na jedną grę. Kto grał ten wie, że nie można zachwycać się w niej grafiką (przynajmniej w porównaniu do aktualnych standardów), dźwiękiem (bo go najzwyczajniej w świecie nie ma) czy różnorodnością świata (nawet w wypadku płatnego konta jest on stosunkowo niewielki). A właśnie, a propos płatnego konta, zostało mi jeszcze 85 dni takowego, bo w końcu postanowiłem się raz na nie szarpnąć by się przekonać co i jak.
Schodząc z tematyki gier wkraczam na muzykę i nowy album zespołu, który wraz z paroma innymi (co tu kryć) skutecznie odwiódł mnie od hip-hopu (nawet nie przypuszczacie, jak stare to dzieje). Tak czy siak opinię o ostatnim krążku Linkin Parka mam mieszaną. Z jednej strony to coś innego niż do tej pory, co się chwali, bo ciągłe nagrywanie takich samych kawałków w końcu musiałoby odbić się czkawką. Z drugiej zaś miałem nadzieję, że będzie to coś.. “mocniejszego”, żywszego. Fakt, 4-5 utworów jest takie (względem całej płyty), ale cała reszta jest “do posłuchania” nie natomiast do zabawy. Mniej więcej tak to odbieram.
Zaraz zrobi się z tej notki (o ile już tak nie jest) kobyła. Ale Krwi Elfów parę słów poświęcić wypada. O Sapkowskim i Wiedźminie słyszałem już dawno temu, ale ciągle coś odwodziło mnie od zapoznania się z historią Geralta. Koniec końców kupiłem jednak I tom i bez zbędnych opisów powiem, że jutro kupuję drugi, a przynajmniej mam taki zamiar. Historia to ciekawa, wciągająca, z pogranicza magii i miecza. Jak na moje niezbyt wygórowane wymagania – w sam raz, albo i lepsza. Jak kiedyś ktoś będzie chciał poczytać – może dać znać. Komplet książek na pewno wyląduje w mojej biblioteczce prędzej czy później.