Gdy pisało się wypracowania w podstawówce dobrze było zrobić plan, ogólny zarys całości, by nie pogubić się w zawiłych analogiach i wyszukanych porównaniach 12-letniego umysłu. Teraz, gdy mam ambicję streścić ostatni miesiąc (bądź choć napomknąć o różnych sprawach) przeraża mnie ich mnogość i ogrom. Uprzedzam więc lojalnie, wpis będzie długi, tak na jedną (letnią) herbatę.
Jeżeli zaglądacie tu w miarę regularnie (co przy mojej częstotliwości pisania byłoby niezłym marnowaniem czasu) być może zwróciliście uwagę na czasową niedostępność gdzieś w drugim tygodniu stycznia. Przenosiłem wtedy stronę na inny serwer, zaproponowaną przez Andrzeja netarterię i jak do tej pory – nie mam na co się uskarżać. Myślałem, by wraz z przenosinami zmienić też trochę leciwy layout, ale na to nie starczyło mi sił.
Siły bowiem, w połowie miesiąca zabrała mi panująca wtedy grypa. Cholernie łatwo taką złapać, gdy jeździ się przepełnionymi pociągami i zapchanymi tramwajami. Przymusowy urlop miał swoje dobre strony, bo udało mi się nadrobić wszystkie projekty uczelniane. Złe też były, a jakże, m.in. nie miałem jak tych projektów oddać, więc za tydzień czeka mnie loteria na zasadzie “jak zaliczę, to nie piszę egzaminu, jak nie zaliczę, to też nie piszę, bo uczyć się będę na coś innego”. O konsekwencjach w postaci tygodniowej obsówy w harmonogramie zaplanowanym przez szefa nie ma co wspominać (może tylko tyle, że harmonogram widać był ułożony na wyrost, bo wciąż mamy sporo czasu do deadline’u). Pierwszy raz też spotkałem lekarza, który a) nie szczypie się z pacjentem, b) wali prosto z mostu, c) nie zaczyna wypisywania leków od antybiotyków d) nie traktuje cię jak intruza.. długo by wymieniać – byłem pod wrażeniem jego zaangażowania – oby więcej takich.Jako, że głównym moim zajęciem podczas choroby było leżakowanie (i połykanie dziesiątek tabletek – w sumie jakiś 200~) miałem czas trochę poczytać. A było co, bo poza Kłamcą i Rurami kupiłem, w chwili słabości, Toy Wars Ziemiańskiego. Któryś raz też przekonałem się, że pieniądze w portfelu połączone z wypadem do empiku i niekoniecznie najsilniejszą wolą mogą mieć opłakane skutki dla zawartości tegoż porfela. Za to na dłuższą metę wspaniale poprawiają samopoczucie.
Toy Wars przeczytałem jako pierwsze, głównie z potrzeby oderwania się od rzeczywistości czymś lekkim. I w sumie mi się to udało o ile lekkim można nazwać kosmiczną aferę detektywistyczno militarną przyprawioną soczystym językiem i ociekającą seksem. Zdecydowanie nie dla dzieci, zaznaczam od razu. Główna bohaterka, Toy Iceberg, to (cytując okładkę) “pies wony o uroku Lolity, wytrzymałości G.I. Jane oraz skuteczności Ripley i obcego razem wziętych” – za wiele w tym przesady nie ma. 570 stron zleciało jak z bicza strzelił, bo i akcja pędzi tam na złamanie karku i fabuła nie jest szczególnie skomplikowana; nawet czasami pozytywnie zaskakuje. Problemem jest tylko fakt, że drugi raz raczej po nią nie sięgnę, bo nie będzie miała mnie czym zaskoczyć. Tak to jest z chwilami słabości – przynoszą radość, by potem odejść w zapomnienie.
Gdy przygody Toy spoczęły pomiędzy Wiedźminem i Nocnym Patrolem sięgnąłem po Kłamcę Jakuba Ćwieka. I na wstępie muszę się przyznać, że popełniłem błąd traktując ten zbiór opowiadań jako jedną całość. Bo nijak nie mogłem doszukać się tam jakiejś logiki, większej chronologii. Ot przybrany syn nordyckiego Boga, Odyna, jako jedny uchodzi z życiem z szturmu na Valhallę i najwyraźniej nie mając wyjścia zostaje chłopcem na posyłki tych, którzy przed momentem zrównali z ziemią jego dotychczasowy dom. Fakt faktem, niezbyt to była wygodna siedziba, bo za swoje grzeszki Loki został przykuty do skały, a na jego twarz non stop spadały krople wężowego jadu. Tyle tytułem wstępu, bo cała reszta to zbiór akcji przeprowadzanych przez naczelnego Kłamcę. Od prostego odesłania niedoszłego samobójcy na tamten świat (wszak gdyby sam się zabił skazałby się na wieczne potępienie), przez odesłanie na tamten (pytanie tylko jaki?) świat egipskiego boga Anubisa, po inne, o wiele bardziej pokręcone zadania. Gdy pierwszy raz chciałem podsumować Kłamcę cisnęło mi się na usta słowo “chaos”, a wtórowała mu “głupota”. Teraz widzę, że jedynie ostatnie opowiadanie – “Głupiec na wzgórzu” – pozostawia wiele do życzenia, natomiast pozostała dziewiątka jest zdecydowanie ciekawsza o ile, zaznaczę to po raz kolejny, potraktuje się z osobna. Czy kupię kolejne tomy? Całkiem możliwe, nie lubię mieć dziur w kolekcji, a i przygodom Lokiego daleko do zawodu, jaki sprawił mi Sapkowski.
Rurom dzisiaj daruję, tak z braku weny, jak i faktu, że z nastu opowiadań przeczytałem zaledwie parę. Przyjdzie na nie czas. Schodząc z tematu książek napomknę tylko, że ostatni wypad do empiku przyniósł mi nie tylko kolejną książkę, ale i bilety na kwietniowy koncert Sabatona, który zagra za 2 miesiące w poznańskim klubie Eskulap. Nie, żebym robił za wielkiego fana, bo usłyszałem o nich tylko i wyłącznie przez kawałek 40-1 o bitwie pod Wizną. Skoro jednak wpadli w ucho i jest okazja odchamić się w zacnym gronie znajomych – czemu by nie skorzystać. Jako support grają Bloodbound i InDespair, więc zabawa zapowiada się przednio.
Już prawie godzina mi zeszła na pisaniu tej notki, a mam wrażenie jakbym dopiero co zaczął. Zamiast tego powinienem siedzieć i kuć na egzaminy, bo sesja ma zamiar uderzyć z całą mocą już w następny weekend. Mam mocne postanowienie przysiąść jutro i mam nadzieje, że sobie danego słowa dotrzymam. Dobrze, że los rzucił mi naprzeciw tylko 4 egzaminy – jak widać studia magisterskie w wydaniu mickiewiczowskiego uniwerka nie są zbyt wymagające. Po raz kolejny przekonuję się, że płacę za papierek, a prawdziwą wiedzę zdobywam w firmie (ostatnio, zmuszony okolicznościami, zacząłem przyswajać sobie asp i c#, bo akurat było nam to do projektu potrzebne – dodatkowa nauka jaka z tego płynie to: “poznaj jeden język programowania, to z dobrą dokumentacją nauczysz się pisać w każdym”).
Na tym chyba zakończę, bo każde kolejne zdanie będzie mi przychodzić z coraz większym trudem, a i wam pewno nie chce się już więcej czytać. Do następnego zatem.