książka and notki 14 Mar 2010

Chyba od dwóch miesięcy wordpress dopominał się o aktualizację, więc w końcu się doczekał. Nie o technikaliach dzisiaj jednak będzie, a o książce, jednej z wielu jakie kupiłem w ostatnim czasie, a o których nie wspomniałem tutaj ani słowem.

Tytułowy Zaginiony symbol to piąta powieść Dana Browna, a trzecia traktująca o harwardzkim profesorze Robercie Langdonie. Walczył on już z illuminati, poszukiwał świętego gralla, a teraz przyszło mu się zmierzyć z tajemnicami skrywanymi przez lożę masońską. Jest to o tyle ciekawe, że w przeciwieństwie do poprzednich masoni istnieją do dziś i mają się całkiem dobrze.

Muszę zaznaczyć, że nie miałem okazji zapoznać się z oryginałem (w takim empiku życzą sobie za niego dobre 100 zł – może i jestem książkofilem, ale na głowę nie upadłem). Niemniej tłumaczenie Zbigniewa Kościuka przypadło mi do gustu. Trzyma poziom poprzednich.

Zganić natomiast należałoby samego Browna, który przynajmniej 4krotnie podpadł mi wykorzystując schematy znane z poprzednich powieści (!). Dość wymienić (nie psując wam fabuły), że w pewnym momencie pojawi się oculus (pod takim znaleziono pierwszego z porwanych kardynałów w Aniołach i Demonach), czy zwrot “without wax“, po polsku zupełnie tracący swoje znaczenie, natomiast będący (wybaczcie kolejne zapożyczenie) running gag‘iem innej powieści Dana – Cyfrowej Twierdzy. Zastanawiało mnie i wciąż zastanawia, czy były to celowe zapożyczenia, swoiste puszczenie oka do czytelnika, czy też zwykła niemoc twórcza i brak pomysłów na inne poprowadzenie akcji.

Akcji, która trzeba przyznać rwie do przodu z zawrotną prędkością, będąc jednocześnie schematyczną do bólu. Mamy tajemniczego antagonistę, zagubionego protagonistę i szereg postaci pobocznych, które dopiero na końcu powieści stają po właściwej sobie stronie barykady. Jednych nie lubimy, inne widzimy w niewłaściwym świetle, by koniec końców stwierdzić, że są nam obojętne.

Zawiodłem się natomiast na samej postaci Langdona – tego nad wyraz inteligentnego faceta, który tym razem (i nie będzie to chyba z mojej strony nadużycie waszego zaufania w kwestii spoilerów) musiał być parokrotnie prowadzony “za rączkę” samemu nie będąc w stanie rozwikłać łamigłówki. W tym, co nawet smutniejsze, w samym finale.

Gdy czytałem Zaginiony symbol zdarzyło mi się parokrotnie zastanowić, jak ta czy inna scena wyglądałyby na srebrnym ekranie. Pod tym względem książka nie utrudnia, skupiając swoją fabułę wokół najbardziej charakterystycznych budynków Waszyngtonu. Kapitol, pomnik Waszyngtona czy mauzoleum Lincolna przewijają się przynajmniej parukrotnie, a inne lokacje z pewnością mogą być odworzone w studiu. Szczególnie jestem ciekaw labolatorium Katherine Solomon, głównej postaci kobiecej książki, do którego określenie pitch black pasuje jak ulał.

Koniec końców, nie bawiłem się przy Symbolu tak dobrze, jak przy poprzednich powieściach. Gdybym miał drugi raz zdecydować o zakupie, pewnie bym tego nie zrobił, tylko wybrał się do biblioteki lub poczekał, aż ktoś znajomy sobie go sprawi. Co, w szczególności, jeżeli nie znacie innych książek Browna, mogę wam polecić.

książka and notki 10 Dec 2009

Czołem po ponad miesiącu od mojej ostatniej aktywności. No, aktywności na blogu, bo konto na blipie ma się dobrze. Domyślam się, że od tamtego czasu wydarzyło się tyle, że opis wszystkiego byłby nudny jak flaki z olejem i ciekawy tylko dla.. mnie?

Z tego też powodu postanowiłem dać upust swojej złości na niejakiego Jarosława Grzędowicza, który w końcu popełnił trzeci tom “Pana Lodowego Ogrodu”.

O samej książce nie dane było mi pisać więcej jak w dwóch słowach, więc wypada powiedzieć, że jest to miks średniowiecznego eposu o wikingach, japońskiej przypowieści o cesarzu i “Zaginionego w akcji” XXI wieku. Oczywiście w wielkim uproszczeniu. Pierwszy tom pojawił się w 2005 roku, przynosząc swojemu autorowi nagrodę im. Janusza Zajdla. Na drugi przyszło czekać dwa lata, a ja zetknąłem się z nimi w sierpniu 2008.

Przyznam w tym miejscu, że nie od początku byłem przekonany zarówno do historii jak i sposobu w jakim imć Grzędowicz przedstawiał świat. Podzielił bowiem tomy na dwie dziejące się równolegle historie, a co więcej przeplatał z uporem narrację pierwszo i trzecioosobową. Dopiero drugie podejście przekonało mnie, że i nagroda była zasłużona i niespotykany przeze mnie styl również ma swój urok.

To było w wakacje 2008, a dopiero pod koniec listopada tego roku w księgarniach pojawił się tom trzeci. Znaczy to tyle, że na każdy kolejny autorowi potrzeba było dobre dwa lata. Długo, jak na wszelkie standardy. No ale, fan kocha, fan poczeka, fan kupi.

Gdy książka w końcu trafiła w moje ręce ze smutkiem stwierdziłem, że jest chudsza od poprzednich. Czytając co wieczór rozdział, góra dwa zajęło mi niecały tydzień dotarcie do końca. I tutaj nastąpiła konsternacja, bo zamiast spodziewanego (happy) endu mamy punkt kulminacyjny i.. brakowało tylko “to be continued..” na okładce. Noszfak.. dwa lata czekania i teraz świadomość, że na następny, (być może) ostatni tom przyjdzie czekać kolejne dwa? Się nie godzi Panie Grzędowicz…

W ramach protestu sięgnąłem po serię zakończoną i wydaną – Millenium Stiega Larssona, której przeczytanie zajmie mi pewnie miesiąc z okładem. Wtedy też znowu się odezwę.

Ps. Jako, że niekoniecznie powyższe może być dla wszystkich zrozumiałe, w paru słowach: książka cholernie mi się podobała. W końcu wyczekiwane od lat wątki się połączyły i to w sposób, jakiego bym w życiu nie przewidział, a który wywołał u mnie szczery śmiech i zachwyt. Tym bardziej ucinanie historii w momencie w którym jedyne czego się wyczekuje to grande finale uważam za skandal i z niecierpliwością będę czekał na następny tom licząc, że po pierwsze, będzie ostatnim, po drugie, wyjdzie szybciej.

książka and notki and studia 24 Jun 2009

Sesja – system eleminacji studentów jest aktywny – trwa w najlepsze, ale jakoś nie za bardzo mam możliwość nauki w pociągach. Ot nie te przedmioty, nie te notatki i nie te chęci (szczególnie to ostatnie). Za oknami też nieciekawie, a sen jakoś nie przychodzi, więc zostaje mi czytanie książek. Po niżej opisanej wizycie w kinie postanowiłem uzupełnić braki w znajomości prozy Browna i zabrałem się za wszystkie jego pozostałe dzieła1 (wyjątkowo nie kupując, a pożyczając):

Anioły i Demony – fabułę mniej więcej streściłem przy opisie filmu, warto jednak wspomnieć, że w paru (kluczowych!) miejscach nijak ma się do oryginału. Rozumiem wycinanie niektórych postaci, ale zmiany, jakich dopuścił się scenarzysta są wręcz kolosalne. Może dlatego, mimo ogólnej znajomości fabuły całość czytało się przyjemnie i bez nużących przestojów (żeby tylko Langdon nie był takim fajtłapą – wersja filmowa, przedstawiona przez Hanksa, trochę bardziej przypadła mi do gustu).

Deception point – w polskim przekładzie Zwodniczy punkt, a podaję tytuł oryginalny, bo i samą książkę czytałem po angielsku. Zaskakująco dobrze mi poszło, zaledwie parę razy musiałem sięgać do słownika. Sama fabuła koncentruje się wokół wielkiego (i tajnego) odkrycia, jakiego dokonała NASA hen, gdzieś daleko na biegunie północnym. Wszystko ma miejsce w czasie wyborów, więc urzędujący prezydent postanawia przekuć ten sukces na własny, zatrudniając w tym celu niezależnych ekspertów mających potwierdzić autentyczność znaleziska. We wszystko wplątany jest pewien bardzo ambitny senator, jego urodziwa córka, jej zaradny szef i cała plejada innych postaci. Postaci, które, prędzej czy później czekał marny los. Największą (w moim mniemaniu) bolączką tej powieści jest przekosmiczna ilość szczęścia, jaką mają główni bohaterowie. Można by pomyśleć, że gdyby zamknąć ich w stalowej kuli, wrzucić do Rowu Mariańskiego, uprzednio dorzuciwszy solidny balast, to parę stron później erupcja podziemnego wulkanu wyrzuci kulę na pokład przepływającego statku, a niedoszły balast zapewni środki do wydostania się na zewnątrz zanim skończy się tlen. Poza tym – nie mogę narzekać. Jest dość przewidywalnie, ale nie na tyle, by w całości odebrać przyjemność czytania.

Digital Fortess – po naszemu Cyfrowa Twierdza – druga z książek Browna, którą dorwałem w oryginale. Trochę ciekawsza (chyba ze względu na tematykę) od powyższej, historia agentki NSA, która zostaje wplątana w grę, której stawką jest życie wielu osób oraz wszystkie sekrety rządu Stanów Zjednoczonych. Nie chciałbym za bardzo wgryzać się w fabułę, bo mimo, że jak na Browna jest bardzo sztampowa (good guy, bad guy, good who we think is bad and so on), to najlepiej ją poznać samemu. Każda próba streszczenia skończyłaby się ujawnieniem jakiegoś punktu zwrotnego. Wyobraźcie więc sobie polityczny thriller, z dużą ilością komputerowej (i matematycznej) gadaniny, pościgami, morderstawami i dużą gotówką na stole. Całość zamknijcie w jednej dobie i zamieszajcie. Przy odrobinie wyobraźni można by z tego zrobić jeden sezon serialu 24.

I na tym skończyły się książki Browna. Nie byłbym jednak sobą, gdybym czegoś innego nie wynalazł. Jako, że z comiesięcznej pensji pewną kwotę przeznaczam na różne przyjemności zamówiłem sobie kilka tańszych i w większości wiekowych pozycji. Rok 1984, Dzienniki Gwiazdowe, Bajki Robotów i Piąty Elefant – Orwell, Lem po dwakroć i Pratchett na dokładkę. Tego ostatniego zdążyłem już przetrawić i w sumie dobrze uzupełnia informacje z Straży nocnej opowiadajac historię Sama Vimesa (szczegóły sobie daruję – nie pozna Świata Dysku ten, kto nie przeczyta przynajmniej 5 różnych książek z cyklu). Pozostałe natomiast będę czytał w najbliższym czasie, zaczynając od Roku 1984 i możecie być pewni, że prędzej czy później wrzucę tu dwa słowa na temat każdej z nich.

Teraz natomiast wracam do znienawidzonej nauki, by ominęła mnie kampania wrześniowa. Trzymajcie kciuki w sobotnie popołudnie.

Ps. Wiecie, znowu oddałbym chętnie krew – ta całkowita bezinteresowność połączona z minimalnymi wymaganiami naprawdę przypadła mi do gustu. Aż szkoda, że to jeszcze niemal 2 miesiące.

1 wiem wiem, “dzieła” to trochę na wyrost powiedziane

książka and notki 11 Apr 2009

Gildia Magów, Nowicjuszka, Wielki Mistrz – na te trzy tytuły składa się owa trylogia. 3 książki, które połknąłem w ciągu ostatniego tygodnia poświęcając im czas w pociągu, w przerwach “obiadowych” i wieczorami (a gdyby to było możliwe czytałbym również w i podczas pracy). Chodziłem przez to z lekka niewyspany, bo syndrom “jeszcze jednego rozdziału” dawał mi się we znaki, ale przynajmniej wyjaśniły się moje problemy ze snem jako takim.

Cała historia skupia się na dziewczynie imieniem Sonea, która zupełnie przypadkowo odkrywa w sobie talent magiczny, co momentalnie sprowadza jej na głowę masę kłopotów. Sztuka ta bowiem zarezerwowana jest jedynie dla magów, szkolonych od wieków w kyrallijskiej Gildii. Potencjalni magowie są wyszukiwani pośród dzieci możnych rodzin, tak więc odkrycie talentu w osobie bylca – jakby nie patrzeć najniższej warstwy społecznej – jest niebezpieczne nie tylko dla Sonei, ale i dla całego miasta. Tak w skrócie mógłbym własnymi słowami opisać początek pierwszego tomu, nie zdradzając wam jednocześnie za wiele.

Jeżeli na dźwięk słów “młoda magiczka” mimowolnie przyszedł wam do głowy Harry Potter to spieszę z wyjaśnieniem, że przygody Sonei w niczym nie przypominają przeżyć małoletniego Bryta z błyskawicą na czole. Przede wszystkim są bardziej dojrzałe, a problemy w nich poruszane można by z łatwością dopasować do naszego świata. Mamy więc uprzedzenia rasowe, nienawiść dla wszelkiej odmienności, wywyższanie się arystokratów i wyzysk warstw ubogich. Jest walka z wyzyskiem, regularna wojna i sprzymierzenie przeciw wspólnemu wrogowi. Jest nienawiść, odrobina miłości, trochę szczęścia i wiele innych uczuć. Jak się teraz zastanowić, nic dziwnego, że na koniec miałem szalenie mieszane uczucia, gdzie triumf mieszał się z smutkiem i niepewnością.

Bo przyznać muszę, że udało się Trudi Canavan, autorce, na tyle wciągnąć mnie w swój świat, że po zamknięciu Wielkiego Mistrza pozostała we mnie jakaś pustka, która gryzła mnie jeszcze przez następny dzień. Ciekaw jestem, czy planowana jest jakaś inna seria dziejąca się w tym świecie, bo postacie na pewno nie zostały do końca wyczerpane i historia aż prosi się o ciąg dalszy.

A jeżeli nawet żadnego ciągu dalszego nie będzie, to Trylogię polecam wam z całego serca, bo to druga książka z jaką miałem do czynienia, w której magowie nie dzielili się na białych i czarnych dając pole do popisu całej gamie odcieni szarości.

książka and notki and praca and studia 31 Jan 2009

Gdy pisało się wypracowania w podstawówce dobrze było zrobić plan, ogólny zarys całości, by nie pogubić się w zawiłych analogiach i wyszukanych porównaniach 12-letniego umysłu. Teraz, gdy mam ambicję streścić ostatni miesiąc (bądź choć napomknąć o różnych sprawach) przeraża mnie ich mnogość i ogrom. Uprzedzam więc lojalnie, wpis będzie długi, tak na jedną (letnią) herbatę.

Jeżeli zaglądacie tu w miarę regularnie (co przy mojej częstotliwości pisania byłoby niezłym marnowaniem czasu) być może zwróciliście uwagę na czasową niedostępność gdzieś w drugim tygodniu stycznia. Przenosiłem wtedy stronę na inny serwer, zaproponowaną przez Andrzeja netarterię i jak do tej pory – nie mam na co się uskarżać. Myślałem, by wraz z przenosinami zmienić też trochę leciwy layout, ale na to nie starczyło mi sił.

Siły bowiem, w połowie miesiąca zabrała mi panująca wtedy grypa. Cholernie łatwo taką złapać, gdy jeździ się przepełnionymi pociągami i zapchanymi tramwajami. Przymusowy urlop miał swoje dobre strony, bo udało mi się nadrobić wszystkie projekty uczelniane. Złe też były, a jakże, m.in. nie miałem jak tych projektów oddać, więc za tydzień czeka mnie loteria na zasadzie “jak zaliczę, to nie piszę egzaminu, jak nie zaliczę, to też nie piszę, bo uczyć się będę na coś innego”. O konsekwencjach w postaci tygodniowej obsówy w harmonogramie zaplanowanym przez szefa nie ma co wspominać (może tylko tyle, że harmonogram widać był ułożony na wyrost, bo wciąż mamy sporo czasu do deadline’u). Pierwszy raz też spotkałem lekarza, który a) nie szczypie się z pacjentem, b) wali prosto z mostu, c) nie zaczyna wypisywania leków od antybiotyków d) nie traktuje cię jak intruza.. długo by wymieniać – byłem pod wrażeniem jego zaangażowania – oby więcej takich.Jako, że głównym moim zajęciem podczas choroby było leżakowanie (i połykanie dziesiątek tabletek – w sumie jakiś 200~) miałem czas trochę poczytać. A było co, bo poza Kłamcą i Rurami kupiłem, w chwili słabości, Toy Wars Ziemiańskiego. Któryś raz też przekonałem się, że pieniądze w portfelu połączone z wypadem do empiku i niekoniecznie najsilniejszą wolą mogą mieć opłakane skutki dla zawartości tegoż porfela. Za to na dłuższą metę wspaniale poprawiają samopoczucie.

Toy Wars przeczytałem jako pierwsze, głównie z potrzeby oderwania się od rzeczywistości czymś lekkim. I w sumie mi się to udało o ile lekkim można nazwać kosmiczną aferę detektywistyczno militarną przyprawioną soczystym językiem i ociekającą seksem. Zdecydowanie nie dla dzieci, zaznaczam od razu. Główna bohaterka, Toy Iceberg, to (cytując okładkę) “pies wony o uroku Lolity, wytrzymałości G.I. Jane oraz skuteczności Ripley i obcego razem wziętych” – za wiele w tym przesady nie ma. 570 stron zleciało jak z bicza strzelił, bo i akcja pędzi tam na złamanie karku i fabuła nie jest szczególnie skomplikowana; nawet czasami pozytywnie zaskakuje. Problemem jest tylko fakt, że drugi raz raczej po nią nie sięgnę, bo nie będzie miała mnie czym zaskoczyć. Tak to jest z chwilami słabości – przynoszą radość, by potem odejść w zapomnienie.

Gdy przygody Toy spoczęły pomiędzy Wiedźminem i Nocnym Patrolem sięgnąłem po Kłamcę Jakuba Ćwieka.  I na wstępie muszę się przyznać, że popełniłem błąd traktując ten zbiór opowiadań jako jedną całość. Bo nijak nie mogłem doszukać się tam jakiejś logiki, większej chronologii. Ot przybrany syn nordyckiego Boga, Odyna, jako jedny uchodzi z życiem z szturmu na Valhallę i najwyraźniej nie mając wyjścia zostaje chłopcem na posyłki tych, którzy przed momentem zrównali z ziemią jego dotychczasowy dom. Fakt faktem, niezbyt to była wygodna siedziba, bo za swoje grzeszki Loki został przykuty do skały, a na jego twarz non stop spadały krople wężowego jadu. Tyle tytułem wstępu, bo cała reszta to zbiór akcji przeprowadzanych przez naczelnego Kłamcę. Od prostego odesłania niedoszłego samobójcy na tamten świat (wszak gdyby sam się  zabił skazałby się na wieczne potępienie), przez odesłanie na tamten (pytanie tylko jaki?) świat egipskiego boga Anubisa, po inne, o wiele bardziej pokręcone zadania. Gdy pierwszy raz chciałem podsumować Kłamcę cisnęło mi się na usta słowo “chaos”, a wtórowała mu “głupota”. Teraz widzę, że jedynie ostatnie opowiadanie – “Głupiec na wzgórzu” – pozostawia wiele do życzenia, natomiast pozostała dziewiątka jest zdecydowanie ciekawsza o ile, zaznaczę to po raz kolejny, potraktuje się z osobna. Czy kupię kolejne tomy? Całkiem możliwe, nie lubię mieć dziur w kolekcji, a i przygodom Lokiego daleko do zawodu, jaki sprawił mi Sapkowski.

Rurom dzisiaj daruję, tak z braku weny, jak i faktu, że z nastu opowiadań przeczytałem zaledwie parę. Przyjdzie na nie czas. Schodząc z tematu książek napomknę tylko, że ostatni wypad do empiku przyniósł mi nie tylko kolejną książkę, ale i bilety na kwietniowy koncert Sabatona, który zagra za 2 miesiące w poznańskim klubie Eskulap. Nie, żebym robił za wielkiego fana, bo usłyszałem o nich tylko i wyłącznie przez kawałek 40-1 o bitwie pod Wizną. Skoro jednak wpadli w ucho i jest okazja odchamić się w zacnym gronie znajomych – czemu by nie skorzystać. Jako support grają Bloodbound i InDespair, więc zabawa zapowiada się przednio.

Już prawie godzina mi zeszła na pisaniu tej notki, a mam wrażenie jakbym dopiero co zaczął. Zamiast tego powinienem siedzieć i kuć na egzaminy, bo sesja ma zamiar uderzyć z całą mocą już w następny weekend. Mam mocne postanowienie przysiąść jutro i mam nadzieje, że sobie danego słowa dotrzymam. Dobrze, że los rzucił mi naprzeciw tylko 4 egzaminy – jak widać studia magisterskie w wydaniu mickiewiczowskiego uniwerka nie są zbyt wymagające. Po raz kolejny przekonuję się, że płacę za papierek, a prawdziwą wiedzę zdobywam w firmie (ostatnio, zmuszony okolicznościami, zacząłem przyswajać sobie asp i c#, bo akurat było nam to do projektu potrzebne – dodatkowa nauka jaka z tego płynie to: “poznaj jeden język programowania, to z dobrą dokumentacją nauczysz się pisać w każdym”).

Na tym chyba zakończę, bo każde kolejne zdanie będzie mi przychodzić z coraz większym trudem, a i wam pewno nie chce się już więcej czytać. Do następnego zatem.

Next Page »