głupoty and książka and notki and studia 9 Dec 2008

Minął niemal miesiąc odkąd się ostatnio odezwałem. Jak zwykle zimą czas biegnie szybko, a człowiekowi wydaje się, że dni to mrzonka, składająca się tak na prawdę z krótkiego, mroźnego poranka i ciepłego, ciemnego wieczora. To co pomiędzy, to obowiązek, któremu bez przymusu się poddaję i jedyne na co liczę, to szybki powrót wiosennych, dłuższych dni.

A poza obowiązkiem? Z żalem przyznaję, że poległem na próbie przeczytania Narrenturm Sapkowskiego. Po krótkim opisie spodziewałem się wciągającej przygody, ale okazało się, że podsumowanie wygłoszone przez Andrzeja Sawickiego (vel EGM’a) podczas wrocławskiego zjazdu było jak najbradziej trafne*:

Reinmar robi coś głupiego i wpada w tarapaty. Przyjaciele go wyciągają i uciekają jak najdalej tylko po to, by Reinmar mógł zrobić coś jeszcze głupszego i wpaść w większe tarapaty.

Zapętlić z zwiększającą się skalą. Logicznym jest, że kolejnych tomów nie kupię. Wychodzi na to, że “Sapek” pozostanie dla mnie twórcą przewspaniałego cyklu wiedźmińskiego i nie mniej udanego opowiadania Złote popołudnie.

Skoro więc zawiodłem się na polskim autorze postanowiłem spróbować czegoś zagranicznego. Pratchett w nowoczesnym wydaniu niezbyt mi pasuje, więc kupiłem Amerykańskich Bogów Gaimana. Nie skończyłem jeszcze czytać całości, wszak trzeba się delektować, ale jak na razie jestem zadowolony. Historia, jak na ten moment, jest dość niejasna, ale mam swoje teorie i zobaczymy czy się sprawdzą. A – określenie jej powieścią dla dorosłych jest jak najbradziej na miejscu.

Studia to temat, który należałoby na razie przemilczeć, głównie ze względu na niemal zupełny brak zajęć. Odbywająca się właśnie w Poznaniu Konferencja Klimatyczna zawiesiła zajęcia na UAM’ie, wyludniła miasto i poza tym zupełnie nie wpłynęła na życie ludzi. No, na moje owszem, bo czekają mnie w styczniu cudowne 4 tygodnie w których codziennie będę odwiedzał stolicę Wielkopolski. Jeżeli w lutym będę w stanie normalnie funkcjonować będzie to znaczyło, że moja odporność psychiczna wzrosła w porównaniu do lat poprzednich.

Nim jednak rzucę się w wir niewyspania, nauki na sesję i gonienia terminów projektów (z tym ostatnim mamy szansę podejść do wszystkiego na luzie i naprawdę mam nadzieję, że skończymy grubo przed deadline’em) czekają mnie święta (niestety, bez 2 tygodniowej laby – oj ta praca) i późniejszy sylwester, który ma spore szanse skończyć się na imprezie miast jak rok temu w domowym zaciszu. Trzymam kciuki.

A na koniec odrobinkę liznę politykę – Jarek K. stwierdził ostatnio, że chce powalczyć o głosy młodzieży, partia wysyła go na kurs kultury osobistej, by nabrał trochę ogłady – najszczersze BUEHEHEE. Panie pośle – w życiu nigdy, a po śmierci wcale, nie przekonasz mnie do swoich racji, choćbyś nie wiem ile kursów przeszedł, jak bardzo się starał. Za dużo jadu było w tym co widziałem do tej pory, za dużo wrogości. Posługując się tu (bardzo) obrazowym porównaniem – kupa zapakowane w pudełko od czekoladek nadal pozostanie kupą.

I tym optymistycznym akcentem zakończę.

* to nie cytat, raczej swobodne przytoczenie słów Generała

książka and notki 21 Sep 2008

W ramach powrotów do już sprawdzonych tytułów sięgnąłem po raz drugi po Muzykę duszy Pratchetta. Jeżeli pamiętacie, zarobiła sobie u mnie niezbyt pochlebną opinię, głównie ze względu na skomplikowanie i wszechobecny chaos. To podejście dowodzi, że nawet książce trzeba czasem dać drugą szansę.

Tak więc jeszcze raz – najważniejszą personą tego tomu jest niejaki Imp y Celyn alias Buddy; muzyk, dla którego muzyka stała się całym życiem. W sumie należałoby wręcz stwierdzić, że je zastąpiła. Drugie, nie mniej ważne, skrzypce gra zaś Susan, przybrana wnuczka Śmierci, aktualnie w zastępstwie swego dziadka. Nad tym wszystkim góruje muzyka z wykrokiem, dziwny twór, świadomy swego istnienia i sterujący każdym, kto znajdzie się w “polu rażenia”. W tle zaś przewija się paręnaście znajomych postaci, od Śmierci, przez G.S.P Dibblera wraz z towarzyską “śmietanką” Ankh-Morpork, po Alberta i Śmierć Szczurów. 

I tu był poprzednio pies pogrzebany. Każdej z postaci Pratchett poświęcił stronę, czasem dwie, czasem cały rozdział. Trudno było zorienować się, czy opisywana sytuacja jest ważna z punktu widzenia całości. Muzyka duszy to niemal koncentrat zbierający w jedno dorobek paru wcześniejszych tomów. I właśnie dlatego mogę teraz stwierdzić, że jest naprawdę dobra. Mort, Kosiarz, Kolor Magii, Prawda i Straż nocna pozwoliły mi zgłębić świat Świata Dysku przez co wreszcie mogłem skupić się na tej konkretnej historii i przesłaniu jakie z sobą niesie. 

Jednocześnie, nie jestem w stanie tego przesłania ubrać w słowa. To coś, jak piosenka zagrana przez Buddiego na harfie, myśl w czystej postaci, którą każdy musi odkryć dla siebie i tylko sobie rozwinąć. A gdybym miał wybrać jeden, “ulubiony” cytat byłby to ten:

- Co się stało z tym… no wiesz… “zmienić los jednego człowieka, to zmienić świat”.

- CZASAMI ŚWIAT WYMAGA ZMIANY.

 Tak, w tej chwili z czystym sumieniem polecam wam Muzykę… o ile (i tylko wtedy) nie będzie to wasze pierwsze spotkanie z twórczością Pratchetta. Gwarantowany dobrze spędzony wieczór (czy dwa) i dobre samopoczucie na dokładkę.

książka and notki 4 Sep 2008

Zabić człowieka to zbrodnia, którą w średniowieczu karano zwykle odpłacając pięknym za nadobne. Gdy morderca targnął się na życie kogoś z wyżej postawionych na drabinie społecznej miał niemal zapewnioną długą i bolesną śmierć. Tłuszcza zwykła w takich chwilach gromadzić się tłumnie by z poczuciem sprawiedliwości obserwować kaźń. 

Tę zwykł dokonywać kat – kojarzący się z wielkim toporem i czerwonym (bądź czarnym) kapturem człowiek, który w mniemaniu plebsu stanowił nie mniejsze zagrożenie od oprawianego nieszczęśnika. 

Gwiazdozbiór Kata Rafała Dębskiego opowiada historię takiego właśnie kata. A może powinienem powiedzieć kata innego niż pozostali. Inteligentnego, prawdziwego mistrza w swoim fachu, roznoszącego po świecie Czarną Śmierć, bratającego się ze szczurami i mającego za jedynego druha duszę zamordowanej ukochanej.

Szczegóły fabuły sobie daruję, bo 240 stron, jakie liczy książka, wprawny czytelnik połknie w jeden wieczór. Wiedzcie jednak, że jest to pierwsza książka, z którą miałem do czynienia, zawierajaca tak naturalistyczne opisy kaźni. Gdy Jakub rozprawia się z Malachiaszem niemal czuć zapach krwii spływającej po szafocie i słychać wrzaski męczonego. I choć brzmi to sadystycznie można wynieść z nich wiele ciekawych informacji.

Poza tym równie ciekawe są rozmowy jakie Jakub prowadzi z innymi ludźmi oraz z Blanką, wspomnianą duszą ukochanej. Wychodzi z nich nie tępy osiłek, a profesjonał, traktujący swoje zajęcie z powagą i mający jasno określone zasady, którymi kieruje się w życiu.

Podsumowując, podobał mi się:

  • przedstawiony świat
  • postacie z szczególnym uwzlgędnieniem głównego bohatera
  • historia trzymająca się kupy
Darowałbym sobie przez:
  • niektóre monologi Jakuba, zwłaszcza z początku książki – strasznie przynudzał
  • zagmatwane, choc ostatecznie niezłe zakończenie
Książka na raz jak znalazł, więc może warto sprawdzić, czy miejscowa bibliteka nie ma jej w posiadaniu.
książka and notki 3 Sep 2008

Jesteś wierzący? Spodziewasz się zatem Apokalipsy, Sądu Ostatecznego, który odmieni życie na Ziemi. A może wychowałeś się w duchu mitologii skandynawskiej? Nie jest Ci zatem obcy Ragnarök, zmierzch bogów i zagłada gatunku ludzkiego. Być może jednak jesteś muzułmaninem, świadomym nieuchronnego przyjścia Antychrysta i piorunów spopielających niewiernych?

A teraz wyobraź sobie, że pewnego pieknego dnia wszystko to ma miejsce. Z nieba walą pioruny, oceany wdzierają się w głąb lądu niszcząc wszystko co napotkają na swojej drodze, a istoty podobne do aniołów porywają ludzi w przestworza by zaznali innego, lepszego życia.

Następnie wyobraź sobie, że dla Ciebie zwyczajnie zabrakło miejsca. Nie zostałeś wybrany, nie zginąłeś pod zwałami gruzów w jakie obróciły się wszystkie miasta. I jeżeli sądzisz, że miałeś niewiarygodne szczęście, porzuć tą myśl, bo właśnie trafiłeś do piekła na ziemii.

Maja Lidia Kossakowska, autorka dwutomowej powieści Zakon Krańca Świata przedstawia czytelnikowi Ziemię, jakiej (miejmy nadzieję) nigdy nie będzie miał okazji poznać. Kojarzącą się z postnuklearnym światem Fallout’a zaprawionym szczyptą magii. Ziemię, na której grupa regilijnych przywódców, poznawszy moc kontroli rzeczywistości, zafundowała swoim wyznawcom Armagedon. Świat, w którym grupa “buntowników”, posiadłszy niewspółmiernie mniejsze zdolności stara się przywrócić równowagę w świecie, który cofnął się do czasów niemal neandertalskich. I można przypuszczać, że nie mają najmniejszych szans.

Cała historia zaczyna się od momentu, w którym Grabieżca Lars Bergerson włamuje się do Biblioteki w dominium Mistrzów Blasku, odmieniając tym samym swoje życie… wróć, nie ta bajka. Od momentu, w którym Lars Bergerson omal nie odmienia życia na Ziemi… znowu nie to. Od chwili, w której Lars Bergerson musi ratować swój i zupełnie mu obcy tyłek nie uzyskawszy niemal nic. Wiedziony chwilowym impulsem postępuje wbrew sobie, pakując się w coraz większe bagno, by po wielu perypetiach sięgnąć absolutnego dna. Wspomagany przez życzliwe mu osoby wyrusza w podróż, która wiedzie go przez bagna szaleństwa i lasy krwawch ofiar. Kończy się natomiast.. no, tego przecież nie zdradzę. 

Podsumowując. Co mi się podobało? 

  • pseudo-postnuklearny świat, w którym rację ma ten, kto ma pieniądze i siłę. 
  • główny bohater, niemal z krwii i kości, targany emocjami i nieustaninnie zmagający się z własnym sumieniem i przeciwnościami
  • dopełnienie się historii, bez niedomówień i półodpowiedzi
  • smaczki w rodzaju kart kredytowych “robiących” za talizmany szczęścia
Co mogło być inaczej? (uwaga, czepiam się pierdół)
  • wizje, nawiedzające Larsa – mimo, że ciekawe, to czasami zbyt odjechane
  • dokładniejsze przedstawienie historii świata, a w szczególności Armagedonu w wykonaniu Mistrzów Blasku
  • no i chętnie przeczytałbym o tym co było później
Jak widać czepiam się trochę na siłę i w sumie nic dziwnego, bo Zakon Krańca Świata mogę z czystym sumieniem polecić każdemu fanowi fantastyki.
książka and notki 17 Aug 2008

Silenie się na wyszukane tytuły wydaje mi się bezcelowe. Niemal tak samo jak przedstawianie świata Patroli, stworzonego przez Łukjanienkę. Robiłem to wszak w poprzednich wpisach (1 i 2).

Dzienny patrol to względnie stara historia W oryginale ukazał się jako drugi i chyba tylko głupota wydawców spowodowała, że jego pierwsze wydanie wyparowało z rynku tak, że nawet na Allegro trudno było je dostać. No ale “co się odwlecze to nie uciecze”. Główny wydawca Patroli w Polsce poszedł po rozum do głowy i uzupełnił swoją kolekcę o jedyną historię powstałą z współpracy Łukjanienki z innym rosyjskim autorem Władimirem Wasiljewem.

Samej historii trudno coś zarzucić. Z jednej strony jest spójna, a z drugiej wypełnia dziurę czasową między Nocnym Patrolem i Patrolem Zmroku, tworząc z nimi zgrabną całość. To co zawsze podobało mi się w książkach Łukjanienki to poczucie przypadkowości niektórych wydarzeń. W pewnym sensie hołduje ono zasadzie “jeżeli w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, to niezawodnie przed końcem ostatniego wystrzeli”. Dzienny Patrol nie jest inny i dopiero w ostatnim rozdziale odkrywa wszystkie tajemnice.

Jak już wspomniałem jest to jedyna książka napisana przy współpracy dwóch autorów. Z tego co wyczytałem Wasiljew odpowiedzialny był za opisanie organizacji jaką jest Dzienny Patrol, od budynku-siedziby, na relacjach i odczuciach pracowników kończąc. Wyszło mu to całkiem zgrabnie i gdyby na okładce pojawiło się tylko nazwisko Łukjanienki trudno byłoby się zorientować że Władimir wtrącił swoje “trzy grosze”.

Podsumowując – dla kogoś, kto poznał pozostałe książki pozycja obowiązkowa, a dla reszty – szansa na poznanie całego cyklu bez dziur w historii i przeskoków czasowych.

« Previous PageNext Page »