muzyka and notki 6 Apr 2009

4 kwietnia 2009, Eskulap, Poznań. InDespair, Bloodbound, Sabaton.

Nie będę owijał w bawełnę, nie wiem, jak opisać ten wieczór – za dużo się działo, za wiele w sferze czystych emocji. InDespair pokazał dokładnie tyle ile miał do pokazania czyli 6 znanych mi utworów – niewiele, ale udało im się ruszyć publikę na tyle, by zejść ze sceny z oklaskami (acz nie przypominam sobie, by ktoś skandował ich nazwę – nie ta liga, jeszcze nie). Jednocześnie odczuli też gorącą (dosłownie) atmosferę tej niewielkiej w sumie sali. Z nas pot lał się strumieniami, a przynajmniej tak nam się zdawało.

Mieliśmy jednak czas ochłonąć, bo zanim Bloodbound uraczył nas swoją obecnością mineło dobre pół godziny. A gdy już ruszyli zatrzymali się dopiero po 40 minutach ciągłego grania. Nie znałem ich kawałków, wiedziałem tylko ogólnie czego się spodziewać, a rzeczywistość okazała się na tyle dobra, że ze Staszkiem kupiliśmy w przerwie ich najnowszą płytę. I tu mała dygresja: primo, płyta ma mieć swoją premierę 21 kwietnia, tak więc dostaliśmy ją w sumie przedpremierowo, secundo zaś – szczęśliwie dla nas, tuż obok sklepiku przystanął wokalista co zaowocowało autografami na płycie i biletach. Już wtedy powiedziałem mu, że zdarłem sobie gardło wrzeszcząc razem z tłumem i znowu życie postanowiło zweryfikować mój pogląd.

Niemal równo o 22 rozległy się pierwsze dźwięki Sun tzu says, a potem… Piosenka, okrzyki, oklaski, okrzyki, piosenka, Brodén w pełnym uśmiechu dziękujący za nakręcającą się automatycznie atmosferę. Sam znam większość ich utworów, ale gdy przychodzi do śpiewania, słowa zwrotek plączą się i giną w mrokach niepamięci, mimo to na każdym refrenie darłem się w niebo głosy wraz z tłumem. Jak na tą ilość osób miejsca było niewiele, a dodatkowo brak jakiejś sensownej klimatyzacji szybko wypełnił wolną przestrzeń ponad naszymi głowami zapachem “spoconego łosia” – ale tym akurat nikt się nie przejmował. Z czasem coraz trudniej było klaskać, śpiew urywał się, gdy wysokie tony całkowicie odmawiały posłuszeństwa, ale mimo tego ani na chwile nie zwolniliśmy. Najbardziej zadziwiał mnie samego fakt, że głośne “Sa-ba-ton” mogłem krzyczeń za każdym razem. W końcu też doczekaliśmy się “40-1″, które jest, jakby nie patrzeć, najbardziej rozpoznawalną ich piosenką w naszym kraju. W zamian oddaliśmy resztki energii jakie w nas zostały, ja sam pozbyłem się ostatnich strun głosowych, a jakby tego było mało, chwilę później rozległo się głośne “Dzię-ku-je-my” + “Sto lat” (ot, tak spontanicznie). Wszystko zakończył Metal machine, a potem uderzyło nas świeże powietrze sobotniej nocy. Wtedy też uświadomiłem sobie, że jedyne co mam na sobie suche to okulary, a z gardła wydobywa się chrząkanie, które w zamyśle ma być artykułowaną mową :)

Serio, często na koncerty nie chodzę, ale po takim czymś człowiek ma ochotę co tydzień tak się bawić. Mnie jeszcze do wczoraj wieczora “trzymało”, a i teraz, gdy pisałem te słowa naszła ochota by zaśpiewać pełną piersią. Będę musiał sprawdzić rozkład jazdy klubów na najbliższe miesiące. Na pewno coś się znajdzie.

PS. Staszek podrzucił mi kanał na youtube z zapisem wszystkich utworów z tamtego wieczóru – jakość nawet niezła, gdy nie śpiewają ;) To w sumie niewiele, więc polecam jako ciekawostkę.

muzyka and notki 5 Apr 2009

Nie jestem i nigdy nie uważałem się za audiofila. Mam wyrobiony gust, wiem co mi się podoba, czego nie cierpię, a co ignoruję. I w sumie tyle. Patrząc na półkę, pośród rosnącego zbioru książek znalazłbym 4 czy 5 płyt CD z muzyką, które kupowałem zwykle pod wpływem impulsu (np. Tenacious D, po ich świetnym filmie Pick of Destiny)), nigdy zaś z premedytacją.

Tym dziwniejszy może wydawać się fakt, że w piątek dotarła do mnie paczka z merlina, a w niej dwupłytowy zapis koncertu Iron Maiden z Dortmundu A.D. 2003. Co w tym dziwnego? Ano płyty są czarne, duże i mają rowki. Dzięki młodzieńczej pasji mojego ojca uchował mi się w domu całkiem sprawny adapter, więc pomyślałem czemu by nie sprawdzić, jak “moja” muzyka będzie na nim brzmieć.

I w sumie brzmi ok, ba powiedziałbym, że same płyty to istne cudeńko i tylko wiek sprzętu psuje wrażenie całości. Z drugiej strony, podkręcona głośność, tłum śpiewający pierwsze wersy Fear of the dark czy Hallowed by the name – aż chciałoby się tam być.

Ignorant ze mnie, należało na początek wtrącić parę słów o samym albumie. Death on the road to dwa winyle, na których zmieściło się 16 utworów, wszystko zamknięte w kartonowym opakowaniu ozdobionym podobizną czegoś (kogoś?) co niewątpliwie ma w rodzinie Eddiego, maskotkę Maidenów. Warte swojej ceny, jakby kto pytał.

No i teraz pozostaje pytanie, czy skoro powiedziało się “A” to należy powiedzieć “B”. Jeden album to takie nic, ani do ustawienia na półce, ani do dłuższego słuchania. Z drugiej strony sprzęt + kolejne płyty to drogi interes więc chyba jednak zostanę przy książkach, zwłaszcza, że dorwałem ostatnio Gildię magów i choć jeszcze nie skończyłem, już ostrzę sobie zęby na następne tomy.

Już kończę, choć początkowo chciałem napisać jeszcze o wczorajszym koncercie Sabatona w poznańskim Eskulapie, jednak po namyśle zostawię to na następną (jutrzejszą?) notkę. Bo z tym całym pisaniem jest jak z jedzeniem – lepiej częściej a mniej, niż raz, a dużo, co kończy się rozstrojem żołądka.

muzyka and notki 31 Mar 2009

…na zbieranie feedbacku. Po tym, jak last.fm ogłosiło wprowadzenie opłat za usługę radiową w internecie rozpętała się mała burza. Pomijając wyzwiska, które hurtem posypały się na administratorów, dotarł też do nich głos rozsądku, który wskazał główne problemy, z którymi najpierw muszą sobie poradzić. Zgodnie więc z wczorajszym wpisem:

  • last.fm zostaje na razie darmowe
  • administracja pomyśli o innych formach płatności

Do tego dochodzą inne zmiany (wykupowanie subskrypcji dla znajomego, poprawki w API radia), które w moim odczuciu nazwałbym raczej kosmetycznymi. Suma sumarum zmiany na plus i o ile ktoś nie sądzi, że “darmowe radio mi się k***a należy, co wy odp***cie”, będzie z nich zadowolony. Ja jestem.

A swoją drogą, czy nie można było najpierw zapytać społeczności “Moi drodzy z takich i takich powodów musimy wprowadzić opłaty, będzie to wyglądało tak i tak, co sądzicie?”? Uniknęliby nieprzyjemności, na które na pewno byli narażeni.

muzyka and notki 2 Jun 2007

Zdaje się, że po wczorajszym koncercie moja opinia o Myslovitzu trochę się zmieniła. Grali zdecydowanie lepiej niż na Rockarenie, żywiołowo, bez zbędnych przerw. Widać było, albo choć ja to tak odebrałem, że nie robią tego “na odpierdol”, byle tylko zgarnąć kasę za występ i zniknąć. Oczywiście na początek miałem ochotę zastrzelić jednego kolesia, którego (bardzo)małoletnia latorośl zasłaniała mi całą scenę, a ruszyć się nie za bardzo nie było gdzie (bachor natomiast nic sobie z koncertu nie robił, więc tym bardziej nie widziałem sensu w jego siedzeniu na ramionach ojca :P). Szczęśliwym trafem dość szybko sytuacja uległa poprawie. Cała reszta natomiast jest z kategorii “kto był – ten wie i zapamięta”, kto nigdy nie był – nie zrozumie… ;) Szkoda, że takie imprezy na miejscu to tylko raz w roku -.-”

coś dla ducha and książka and muzyka and notki 20 May 2007

Hell… połowa maja za nami, a mogło by się wydawać, że niedawno się rok zaczął. Wiosna, powiedzmy, że w pełni. W sumie podobna do poprzednich, może poza całkowitym brakiem jakichkolwiek “przeszkód” stojących na mojej drodze w najbliższym czasie…

Lista rzeczy, o których wypadałoby tu wspomnieć:
- World of Warcraft, Tibia, Guild Wars
- Minutes to Midnight
- Krew Elfów (i zapewne wkrótce Czas pogardy)
- zmiana outfit’u własnego
- …

no to wio…

Co to MMORPG zakładam, że każdy wie, kto nie wie, niechaj kliknie i poczyta nieodzowną wikipedię. Wyżej wymienione tytuły dane mi było poznać osobiście (a i wypada powiedzieć, że niektóre z nich wciąż poznaję, lub będę poznawał).
World of WarcraftW WoWa pograłem dzięki Ryu (thanks again) i przyznam, że całkiem zrozumiałe jest to, że aż tyle osób nie może się od niego oderwać. Grałem 10 dni, po godzinkę, dwie dziennie, a jak sie okazuje poznałem może jedną pięciotysięczną (albo i jeszcze mniejszą) tego świata. Inna sprawa, że choćby nie wiem jak wciągający to był świat tak prozaiczna rzecz jak abonament (i to nie najniższy) skutecznie trzyma mnie z dala od świata Azeroth.
Guild WarsW Guild Wars natomiast gram od niedawna, z wolna poznając tamtejszy świat, bo i brak abonamentu pozwala mi się nie spieszyć. Tyle, że nie za bardzo chce mi się żyć w klimatach średniowiecznych Chin, pomieszanych z pustynnym klimatem Egiptu (a tak odbieram fragment tamtego świata, który do tej pory poznałem). Brak mi tej otwartości, którą cechuje się WoW, oraz hmm.. tego czegoś. No, ale jeżeli po wydaniu GW2 serwery starych części nadal będą stały, to może poświęcę im trochę czasu.
TibiaLast but not the least, Tibia, to dla mnie klasyka, w sensie czasu grania. Zgodnie z informacjami przy koncie, założyłem je 24 grudnia 2003 roku – kawał czasu jak na jedną grę. Kto grał ten wie, że nie można zachwycać się w niej grafiką (przynajmniej w porównaniu do aktualnych standardów), dźwiękiem (bo go najzwyczajniej w świecie nie ma) czy różnorodnością świata (nawet w wypadku płatnego konta jest on stosunkowo niewielki). A właśnie, a propos płatnego konta, zostało mi jeszcze 85 dni takowego, bo w końcu postanowiłem się raz na nie szarpnąć by się przekonać co i jak.

Minutes to Midnight Schodząc z tematyki gier wkraczam na muzykę i nowy album zespołu, który wraz z paroma innymi (co tu kryć) skutecznie odwiódł mnie od hip-hopu (nawet nie przypuszczacie, jak stare to dzieje). Tak czy siak opinię o ostatnim krążku Linkin Parka mam mieszaną. Z jednej strony to coś innego niż do tej pory, co się chwali, bo ciągłe nagrywanie takich samych kawałków w końcu musiałoby odbić się czkawką. Z drugiej zaś miałem nadzieję, że będzie to coś.. “mocniejszego”, żywszego. Fakt, 4-5 utworów jest takie (względem całej płyty), ale cała reszta jest “do posłuchania” nie natomiast do zabawy. Mniej więcej tak to odbieram.

Krew Elfów Zaraz zrobi się z tej notki (o ile już tak nie jest) kobyła. Ale Krwi Elfów parę słów poświęcić wypada. O Sapkowskim i Wiedźminie słyszałem już dawno temu, ale ciągle coś odwodziło mnie od zapoznania się z historią Geralta. Koniec końców kupiłem jednak I tom i bez zbędnych opisów powiem, że jutro kupuję drugi, a przynajmniej mam taki zamiar. Historia to ciekawa, wciągająca, z pogranicza magii i miecza. Jak na moje niezbyt wygórowane wymagania – w sam raz, albo i lepsza. Jak kiedyś ktoś będzie chciał poczytać – może dać znać. Komplet książek na pewno wyląduje w mojej biblioteczce prędzej czy później.

Na ostatku zdjęcia nie będzie, bo aparat powiedział “wała” i zamrugał złowieszczo napisem “Wymień baterie”, ale chciałem jeszcze tylko wspomnieć, że mimo moich najszczerszych chęci i początkowych planów w końcu poszedłem pod nóż. Dobry rok unikałem fryzjera, aż mnie to zmęczyło, więc teraz wyglądam.. no, jak jakieś pół roku temu, czyli nie za długo, nie za krótko. W sam raz bym powiedział. I tak mi bardziej pasuje. Akapit specjalnie dla Gosi :P

I na tym chyba zakończę. Dużo niewiele wnoszącego tekstu, który jednak może wam dać jakiś obraz tego, czym się ostatnio zajmuję. Na niektóre zaś rzeczy ciągle brakuje mi słów. Maybe next time…

Next Page »