I know, I know. Tak się nie pisze tej nazwy, ale chciałem jakoś zaakcentować wrażenie, które miałem po wczorajszym koncercie. Albo raczej część tego wrażenia. Tą większą. Ze względu na różne przygody :)
Wiem też, że trochę spóźniłem się z tym wpisem, ale jakoś nie złożyło się by wcześniej coś sklecić. A powtórzę to po raz kolejny – koncert był świetny, zwłaszcza występ Perfectu, który wkręcił Lożę maksymalnie, czego dowodem niech będzie zapis “Nie płacz Ewka” przy akompaniamencie głosów szanownej Loży. Nie samym Perfectem człowiek żyje, więc warto też wspomnieć o TSA, który mimo iż usłyszeliśmy w niepełnej krasie (ze względu na dość późne przybycie), bardzo przypadł mi do gustu. Ot dobre gitarowe granie. 
Trzecim na liście z racji jej końca będzie Myslovitz, który poza muzyczną stroną wymaga dodatkowego komentarza. Ale first things first. Prawda jest taka, że nie znam tego zespołu. Szczytem mego zainteresowania są piosenki, które dane mi było słyszeć w radiu lub przy jakiejś innej, nie sprecyzowanej okazji. I te piosenki rozpoznawałem. Cała reszta zaś była, co tu rzec, dość podobna, zwłaszcza dla takiego “nie-fana” jak ja. Podobało mi się natomiast zaangażowanie Rojka w grę na gitarze – małe to, a energii za dwóch – przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Tyle o muzyce, a dodatkiem niech będą trzy słowa o publiczności, która znajdowała się razem z nami pod sceną. Jak to trafnie ujął Michu – bydło do obory i rzeczywiście przez większość występu byliśmy “zajęci” ochranianiem Ewy przed “kotłem”, który miał miejsce parę metrów od nas – przyznam, że raz się zdrowo wkurzyłem i przygrzałem jednemu kolesiowi po nerkach – mam nadzieje, że go solidnie rano bolały.
I na tym by chyba wypadało zakończyć, bo co robiliśmy wracając lepiej nie będę wspominał, bo jakby nie patrzeć – nie ma się czym chwalić ;) Dodam tylko, że chętnie wybiorę się na kolejny koncert w tym samym towarzystwie i jedyne na co będę liczył to wyższe temperatury. Peace \m/