Inspiracją dla tego wpisu jest przedwczorajsza rozmowa między mną, studentem 3 roku zaocznej informatyki na UAMie, a kumplem, studentem Politechniki Poznańskiej (3 rok studiów dziennych). Ogólnie, kolega ów zatrudnił się ostatnio jako “code monkey” w firmie, której nazwy teraz nie pomnę. Łebski jest, to i podstawowe zasady zna (a złota zasada brzmi “google, bitch!“), ale.. no właśnie. Teoria teorią, ale dżungla rządzi się własnymi prawami.
Moje poglądy wyglądają tak:
- tworzenie stron działających dobrze pod Firefox jest bajecznie proste
- JS Twoim przyjacielem (ale nie przesadzaj)
- IE i microsoftowe podejście do spełniania standardów ssą
Jego natomiast:
IE 7 jest zgodne ze standardamiStandardy wg. których działa Firefox ssą- cokolwiek działa pod Operą i IE, musi być przepisane specjalnie dla Firefoxa
- JS jest be
Nie mam zamiaru kwestionować tu jego umiejętności. Sam na początku kariery zawodowej wiedziałem “coś”, co przy dzisiejszej wiedzy było w gruncie rzeczy “niczym”. Chodzi mi raczej o to, jak studia dzienne nauczyły go pewnych reguł i pewnego podejścia, które w praktyce okazują się całkowicie błędne.
Być może w liceum miałem jeszcze wrażenie, że wybierając konkretny kierunek zdobędę fachową wiedzę oraz umiejętności potrzebne w pracy, ale teraz jestem absolutnie pewny – nic tak nie uczy jak życie oraz samokształcenie się. I (z całym szacunkiem dla studentów dziennych) nierówność:
2005-2010 Programista w firmie xxx < 2005-2010 Studia na kierunku xxx
nigdy nie będzie prawdziwa – dla dowolnej pary CV wybranych przez pracodawcę.
Tak po prawdzie, to ostatnio głowy do pisania nie mam (niemal) w ogóle. Gdy próbuję usiąść by stworzyć coś ciekawego, czy to obraz, czy może cały layout, albo tekst z kategorii “może dziwne, ale może będzie ciekawe” – za każdym wychodzi mi tylko nieskładna papka. Za dużo niesprecyzowanych myśli, niepodjętych decyzji, odrzuconych gdzieś w kąt. Na to wszystko nakłada się ostatnie podejście do pracy, którą wykonuję. A podejście to, na przestrzeni ostatnich dwóch lat zmieniło się z “muszę, bo chcę” na “nie chcę, ale muszę”. Musiałem, by studiować, a teraz, gdy kasy starczyłoby mi i na następny rok jedynym katalizatorem tego, że wciąż zrywam się o 6:30, by wrócić do domu około 19 (hail pkp) jest… strach, albo jego odmiana. Gdy ma się stałą posadę, która nie przynosi już przyjemności, gdy każdy dzień jest bliźniaczo podobny do poprzedniego, z tą różnicą, że za oknem coraz ciemniej i zimniej to myśli o zmianie tego stanu rzeczy biją się z obawą. Obawą o to, czy po przerwie, nawet paromiesięcznej, uda się znaleźć inne zajęcie, które da pieniądze, motywację i chęci. Już widzę listę osób, które powiedzą “głupiś – codziennie tysiące ludzi zmieniają posady”. Prawda, ale dla mnie byłaby to pewna nowość, przez co na razie trzymam się tego co mam oddalając moment, w którym dźwięk budzika będzie nie do zniesienia, a na telefon szefa i pytanie co ze mną odpowiem “biorę urlop”, by wrócić potem i oznajmić, że za parę dni odejdę na stałe.