O ile niedziela i wczorajsze przedpołudnie były tak błogie jak to tylko możliwe, to wieczór przyniósł informację o niezaliczonym egzaminie. Nie powiem, spodziewałem się tego, ale momentalnie w głowie zagnieździł się robaczek marudzący cicho “to weź się zacznij już uczyć” i cała błogość poszła w cholerę.
Pan inżynier mówi: nie ma takiego egzaminu, którego nie da się zaliczyć :) powodzenia :)