W piątek dostałem od szefa informację, że dzisiejszy dzień pracy zaczniemy o 13 w zwiazku z brakiem prądu. Wykorzystałem ranek na świąteczne zakupy (robiąc z siebie wielbłąda na resztę dnia) i krótko po 12 zjawiłem się w firmie. Światła świeciły, kaloryfer grzał, ale cholera netu nie było. Bilans popołudnia: dwie drobne poprawki, 3 sesje pasjansa, 2 kierków. Wynudziłem się za cały tydzień.