Co by nie mówić o minionym sylwestrze był równie udany jak poprzednie. Chciałbym wiedzieć kiedy minął ten rok, bo zleciał wyjątkowo szybko, ale ulgą stwierdzam, że nie był zmarnowany.
Solidna podwyżka w styczniu, własny samochód na wiosnę, obroniony licencjat na początku lata i znośny początek studiów uzupełniających. Materialnie nic do zarzucenia, tak samo w kwestii “planu na życie” (choć fakt faktem, zbliżam się do wielkiej białej dziury, którą będę musiał wypełnić).
Społecznie mam mieszane uczucia. Jedne znajomości udało mi się rozwinąć, inne jakby odeszły w zapomnienie. Dostałem nauczkę, by nie starać się za bardzo, bo może (i zwykle tak jest) skończyć się to nieprzyjemnym rozczarowaniem. Nadal mam w sobie sporo z aspołecznego gbura i nadal jest mi z tym całkiem znośnie.
O ile nie trafi mnie w styczniu szlag i jakoś przetrwam zimową sesję (co z niektórymi przedmiotami do zaliczenia może być trochę kłopotliwe) rok 2009 zapowiada się nad wyraz spokojnie. Być może ma to związek z brakiem jakichkolwiek planów na przyszłość (taką ciut dalszą niż nastęne 2 lata), albo z totalnym zniechęceniem względem tego, co zajmuje mi najwięcej czasu.
Praca była mi potrzebna, by studiować. Studia, początkowo, by dostać dobrą pracę (co zweryfikowało życie). Błędne koło, z którego już wypadłem. Bo i pieniądze na studia mam i pracę jako taką też. Problem w tym, że i jedno i drugie przestało przynosić mi jakąkolwiek satysfakcję. Ciągłe klepanie kodu (niezależnie od języka, w którym operuję) nuży mnie mniej lub bardziej w zależności od nastroju i zmęcznia. Zajęcia, szczególnie wykłady, przyprawiają o chroniczne ziewanie (a i wiedzy z nich wiele nie wynoszę). Czasami myślę, że praca jako tramwajarz byłaby i ciekawsza i przynosząca większe spełnienie. Nad kwestią co zrobić z własnym życiem będę się jednak zastanawiał gdy przyjdzie wiosna, bo zima, jak to ona, wyzwala we mnie najczarniejsze myśli (a i tak jest lepiej jak rok temu).
Tyle w tym temacie. Jak znajdę wolną chwilę postaram się wrzucić dwa słowa na temat ”Amerykańskich Bogów”. Jeżeli jednak zabraknie weny przejdę nad nimi do “Kłamcy” Jakuba Ćwieka lub “Rur” Etgara Kereta, które to książki zamówiłem zaraz po świętach z polecenia Gośki (wykorzystując sprezentowany bon na zakupy w merlinie). That’s all folks, najlepszego na nowy rok.
czekam na recenzje!
i życzę, aby ułożyło Ci się tam gdzie trzeba, a tam gdzie jest dobrze, było jeszcze lepiej.
Hm, możesz wpaść i oddałabym Ci książkę ;) na życie nie masz co narzekać a jeżdżenie tramwajem prędzej czy później by Ci się znudziło :P bo tez jeździłbyś w kółko :P
@gosia: Dzięki :) Co się zaś tyczy recenzji, to o którą Ci chodzi? Do Bogów potrzeba mi natchnienia, tamte dwie zaś przyjdą po 9 stycznia (podziękować inwenturze noworocznej).
@marta: Niemal na pewno by mi się znudziło – widać nie jestem stworzony do pracy w tym samym zawodzie aż do emerytury
O “Kłamcy” mówiłam :) mi zostało z 30 stron do końca 3 tomu, planuję dziś przeczytać jeszcze i z niecierpliwością czekam na kolejny, o ile się pojawi… tego się dowiem jak skończę 3. :)