Między obiadem, a dalszym klepaniem kodu postanowiłem dokończyć Alchemika. Nie jest szczególnie gruby, ale ze względu na natłok obowiązków historia andaluzyjskiego pasterza znacznie rozciągnęła mi się w czasie.
Mówi się, że w tej książce ukryte są różne prawdy, wskazówki jak iść przez życie by go nie zmarnować. Nigdy nie byłem dobry w zgadywanie “co poeta miał na myśli”, ale to chyba dlatego, że nauczyciele uwielbiają szukać ukrytych znaczeń tam gdzie ich nieraz nie ma (a im bardziej pokręcone wytłumaczenie znajdą, tym bardziej są z siebie zadowoleni). Gdyby jednak w liceum kazano nam przeczytać tą jedną książkę zdanie miałbym zgoła odmienne.
Coehlo nie utrudnia, nie stara się mieszać tego co proste. Nie starałem się szczególnie dojrzeć drugiego dna, a mimo to je znalazłem. Bardziej jednak interesowało mnie to, jak zakończy się ta podróż i gdybym sam miał ją przeżyć pewnie teraz siedziałbym na szczycie wydmy w samym sercu egipskiej pustyni i śmiał się do utraty tchu. Dawno nie natrafiłem na zakończenie tak banalne, śmieszne i proste, a jednocześnie logiczne, ciekawe i dające poczucie spełnienia. Czyli takie, jakim powinny się kończyć wszystkie książki.
Streszczanie fabuły sobie daruję. Jeżeli jeszcze nie czytaliście – polecam.
Kiedyś to czytałem i miałem dość podobne odczucia łatwości i prostoty tej książki. Ale wtedy zachwycało mnie prawie wszystko i nic. Byle gówno trafiało. Przez to boję się, że dziś (minęło dobre kilka lat) jej wnętrze wydałoby mi się zbyt infantylne, klarowne, kolorowe. Coehlo to cały czas komercja, czas pokaże, że dla większości z nas był też przygodą jednorazową, a nasze dzieci po niego nie sięgną (cóż mi za wyroki przyszło stawiać?! Sic.).
Tako rzeczę i kropka.