Byłem w sobotę na Aniołach i Demonach wedle powieści Dana Browna. Złamałem tym samym własne postanowienie, by najpierw przeczytać książkę, a następnie porównać ją z ekranizacją. Tak się jednak złożyło, że na ew. egzemplarz musiałbym czekać z tydzień czy dwa, a znając politykę multipleksów zdążyłyby one zdjąć film z afisza. Zgodnie z powiedzeniem, co się odwlecze to nie uciecze i po prozę sięgnę w najbliższym czasie, poniżej zaś wrażenia z sali kinowej.

Jak na tak rozreklamowany film widownia nie dopisała, co odebrałem jako okoliczność sprzyjającą, bo można było się skupić na tym co na ekranie, nie będąc rozpraszanym przez siorbanie i mlaskanie rozlegające się zewsząd (swoją porcję nachos zdążyłem zjeść zanim skończyły się reklamy co może świadczyć negatywnie zarówno o jej wielkości, jak i o czasie wyświetlania tych ostatnich). Gdy w końcu zgasły światła i znikło logo wytwórni wszyscy z zainteresowaniem zaczęliśmy oglądać.. Wyspę dinozaurów 2. Konsternację jaka zapanowała na sali możecie sobie wyobrazić. Chwilę później okazało się, że operator pomylił rolki, a Anioły.. zostaną nam puszczone “już za chwilę i z pominięciem reklam” (miło z ich strony, aczkolwiek trailerom bym nie odmówił, zwykle przed “dużymi” filmami można zobaczyć zapowiedzi równie “dużych” filmów).

Światła zgasły ponownie i tym razem obeszło się bez niespodzianek. Ośrodek CERN, odpalenie Wielkiego Zderzacza Hadronów i powstała w wyniku jego działania antymateria to jeden wielki efekt specjalny, który ciesząc oko był właściwym wstępem dla dalszej akcji. I właśnie na akcję postawiono w Aniołach... W przeciwieństwie do zawiłych zagadek pozostawionych przez Jacques’a Sauniere w Kodzie DaVinci, tutaj historia Illumiantów jest tylko pretekstem do niekończących się pościgów, wyścigów i długodystansowych biegów. Robert Langdon z dziecinną łatwością trafia na kolejne tropy i korzystając z tajnych Archiwów Watykanu prowadzi grę z nieznanym wrogiem. Przy okazji zrozumiałem dlaczego imć Langdon z taką niechęcią wspomina owe archiwa w Kodzie... Z prędkością cząstek podróżujących w LHC zmieniały się moje podejrzenia co do winowajcy całego zamieszania i z przyjemnością stwierdzam, że aż do końca nie byłem pewny swego (prawdopodobnie ze względu na brak czasu do namysłu).

W ten sposób dobre 2 godziny zleciały anim się obejrzał. Z punktu widzenia kogoś niezaznajomionego z książką był to dobry, choć czasami infantylny, film akcji. Zarzuciłbym mu niedostateczne wykorzystanie historii Illumiantów, która to organizacja w moim odczuciu zasługiwała na coś więcej niż samotnego (!!) porywacza/zamachowca/fanatyka spełniającego kilkusetletnią “przepowiednię”. Natomiast serdecznie rozbawił mnie polski akcent w postaci wozu transmisyjnego oraz reportera TVN’u, który w pewnym momencie dumnie wypełnił cały ekran informując widzów o przebiegu konklawe :)

I w tym miejscu bym zakończył, tłumacząc się jeszcze z tego dość pokręconego tytułu notki. Wiecie, według tego co mówiono w filmie kościół dopuścił się krwawych zbrodni na Illuminatach, co spowodowało ich chęć zemsty i w konsekwencji przedstawione wydarzenia. Jeżeli tych drugich traktować jak demony, a tych pierwszych jako anioły, to w świetle tych zarzutów są siebie warci, stąd wrzucenie ich do jednego wora “potworów”.