Urlop ma to do siebie, że prędzej czy później musi się skończyć. Nie powiem, że nie odpocząłem, ale przyznam, że chętnie bym to wszystko przedłużył.

Zaczęło się, jak co roku, od zjazdu we Wrocławiu. 1 – 4 sierpnia, w parnym, głośnym i drogim (memu sercu) mieście. Ktoś powie: co to za wakacje?, ale prawda jest taka, że żadne inne miejsce na Ziemi nie pozwala mi się wyłączyć tak, jak podczas spotkania z tymi ludźmi. Nie ma znaczenia czas, świętości nie istnieją, a zasady życiowe zostają zawieszone. Przerżnąłem z 20 zł w karty, zatankowałem pod korek i chodziłem niewyspany – i cholernie dobrze mi z tym było. A odrobinę tego chorego klimatu możecie zobaczyć w tej animacji, albo we wspomnianym przez Gośkę timotei.

Potem zaś, oszczędzając Wam zbędnych, nudnych opisów resztę wolnego spędziłem klucząc między rodzinnym miastem, a domkiem nad jeziorem, który z resztą pomagałem wykończyć. Zarobiłem parę siniaków, paliłem ogniska do później nocy obserwując Drogę Mleczną i znosiłem 4-letniego syna kuzynki, którego życiowym celem jest chyba zadać jak najwięcej pytań w jak najkrótszym czasie. Całkiem nieźle.

W wolnych chwilach trochę czytałem, co postaram się rozwinąć w kolejnych wpisach-recenzjach (kolejno przeczytałem Pan Lodowego Ogrodu, Gwiazdozbiór kata i Dzienny patrol ). Tymczasem pozostaje mi dowiedzieć się gdzie teraz pracuję, bo podczas mojej nieobecności Fresh zmienił siedzibę i wyczekiwać kolejnego urlopu.