Tłum nie przestawał ryczeć, mimo, że ostatnie dźwięki przebrzmiały dobrą minutę temu. Gardła kilku tysięcy osób domagały się więcej, mimo, że wokalista dał z siebie wszystko, gitara roztrzaskała się w drobny mak, gdy gitarzysta niesiony emocjami przywalił w stojący obok niego głośnik, a perkusista przy ostatniej solówce wstał by uderzać jak najprecyzyjniej ale i najmocniej. Wrzawa, która niemal podnosiła dach sali ogłuszała. W oczach – szaleństwo, na twarzach – uśmiechy. Ramię w ramię znajomi, nieznajomi, pary i samotni. Słowa piosenek były proste, jasne. Niosły przesłanie, które choć bezpośrednio nie dotarło do nikogo, to każdy zdawał się wiedzieć o co chodzi. Każdy czuł, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, czegokolwiek się podejmie – wyjdzie z potyczki zwycięsko. A potem, gdy zespół zszedł ze sceny, wszyscy odwrócili się, bo trzeba było iść. Ale gdy wyszli na zimne powietrze, w miasto uśpione, zabrali ze sobą to co było tam najlepsze..