Wtorek, godzina 10. Początek egzaminu wstępnego na studia magisterskie. Drzwi się otwierają, chętnych praktycznie brak. Już raz poszedłem na pierwszy ogień, więc różnicy mi to nie robiło. Po pytaniach pustka w głowie, 10 minut (a może więcej?) i rozmowy. Nie kleiło się to za bardzo, ale widać wystarczająco. Dwa razy po 4, a dzień później informacja (nieoficjalna) “został Pan przyjęty”. Część moich znajomych bardziej się z tego ucieszyła niż ja – dla mnie to naturalny porządek rzeczy.

A przy okazji, z ust kolegów, usłyszałem o listach przyjęć na studia dzienne. I uwierzyć uszom nie mogłem. Trzy lata temu, świeżo po maturze, też składałem papiery by studiować stacjonarnie. Tytanem nauki nie byłem, ale ponad 130 pkt. udało mi się uzbierać (wedle ówczesnych przeliczników). Okazało się za mało o 10. Trzy dni temu ostatnia przyjęta osoba na liście miała 44 punkty. Na 180+ osób chętnych przyjęto ok. 170. Jasne, że za pół roku przynajmniej połowa odpadnie, kolejna 1/4 nie doczeka trzeciego semestru. Ale dostali szansę.

Zastanawia mnie, co jest tego przyczyną. Jedna teoria mówi o odpływie ludzi z kierunków informatycznych (słyszałem nawet, że “Polibuda” bierze każdego chętnego, choć nie wiem ile w tym prawdy). Inna myśl jaka mi przyszła do głowy to ogólnie niższy poziom tegorocznych maturzystów, choć Ci woleliby pewnie stwierdzić, że to wina samego egzaminu – trudniejszego niż rok, czy dwa lata temu. Można też wysnuć absurdalne przypuszczenie, że społeczeństwo nam kretynieje, ale tej tezy nie ośmielę się poprzeć żadnymi miarodajnymi badaniami.

Pozostaje więc nie przejmować się, nie oglądać na innych i (mówiąc kolokwialnie, a nawet wulgarnie) dbając o własną dupę przeć dalej, aż do końca studiów, bo po nich zostanie już tylko życie do przeżycia.