Kiedy niemal rok temu egranizacja Wiedźmina ujrzała światło dzienne przez moją głowę przewinęła się cała gama emocji od ekscytacji (produktem), przez frustrację (ślamazarnością działania) po zachwyt (fabułą). Po wypuszczeniu drugiego patcha (i zakupieniu przeze mnie dodatkowej kości ramu) z niekłamaną przyjemnością ukończyłem rozgrywkę z wypiekami na twarzy.
Następnie Wiedźmin wylądował na półce pośród innych tytułów i zaczął zbierać kurz. Późniejsza awaria dysku, która pozbawiła mnie wszekich zapisów stanu gry skutecznie zniechęciła mnie do ponownego jej ukończenia po którejś ze stron konfliktu (a trzeba wam wiedzieć, że pierwsze podejście miałem “neutralne”). Prawdopodobnie nie tknąłbym go jeszcze przez dłuższy czas, gdyby nie autorzy i ich Edycja Rozszerzona, która wczoraj trafiła do sklepów.
Jak logika nakazuje, każdemu, kto juz kupił Wiedźmina owa edycja została udostępniona za darmo w formie paru plików do ściągnięcia. Będąc bardziej precyzyjnym, wszystkie (interesujące mnie) łatki i dodatki miały coś koło 1,7GB. Sporo, ale na szczęście czasy 128kb łącz mamy już za sobą. Po pobraniu nastąpiły dwa zasadnicze zgrzyty.
Plik readme sugeruje, by przed instalacją edycji rozszerzonej usunąć już istniejącą instalację. Konia z rzędem temu, kto wytłumaczy mi, co taka informacja robi w pliku upgrade’ującym starsze wersje. Pomijam tu fakt, że tylko przez przypadek przeczytałem to zalecenie i się do niego zastosowałem 1. Ponowna instalacja gry okazała się niepotrzebną stratą czasu, szczególnie gdy czekało mnie jeszcze dwugodzinne uaktualnianie plików gry. Szczęka osunęła mi się parę centymetrów w dół, gdy zobaczyłem ten komunikat i co gorsza, nie było w nim ani krzty przesady. Krótko mówiąc, od chwili rozpoczęcia ściągania do momentu, w którym uruchomiłem grę minęło około 5 godzin.
Długo, nawet bardzo, ale na całe szczęście przykre wrażenie prysło niczym bańka mydlana już w parę sekund po rozpoczęciu przygody. Nie wiem, na ile REDzi optymalizowali kod, ale mimo iż od roku konfiguracja mojego kompa się nie zmieniła, gra chodzi wyraźnie szybciej. Co więcej, zapowiadane 80% przyspieszenie ładowania poziomów faktycznie ma miejsce. Jako, że gram od początku nie odwiedziłem jeszcze naprawdę dużych obszarów, ale jest to zauważalne. Diametralnie poprawia to dynamikę gry, bo człowiek rezygnuje z sięgania po książkę co 2 minuty.
Pozostałe usprawnienia w postaci szybkiego “lootowania” zabitych przeciwników, czy automatycznej segregacji inventory też trzeba policzyć na plus. Tak samo jak różne wersje językowe również udostępnione do pobrania (zadanie dla ambitnych – przejść Wiedźmina w wersji niemieckiej z rosyjskimi napisami :)) czy nowe animacje ruchu.
Gra dobra stała się doskonała? Daleki jestem od takich podsumowań, może gdy po raz kolejny ją ukończę. Nie zmienia to jednak faktu, że wydanie Edycji Rozszerzonej ponownie zachęciło mnie do wcielenia się w skórę Geralta, a przecież tak na prawdę o to chodziło autorom, prawda?
1. W 99% przypadków wszelkie readme i licencje akceptuję bez zastanowienia – o ile nie muszę podać swoich danych osobowych.
Cieszę się, że przez ostatni rok nie miałem dość kasy, żeby kupić “Wiedźmina”… teraz zaczyna mi się polepszać i coraz bardziej czuję, że się skuszę, tym bardziej, że ominie mnie ściąganie nie wiadomo ile patchów :) (proszę, niech nikt nie wyskakuje, że mam szybkie łącze w akademiku, bo nie mam :P)
Ale, szczerze mówiąc, nie jestem już na tą grę tak napalony jak rok temu, sam nie wiem czemu…
Powiem Ci, zaczniesz grać, to chęć przyjdzie. Tak przynajmniej ja to widzę. Inna sprawa, że dzisiaj dotarłem już do drugiego aktu i przyznam, że większość rzeczy robiłem dość automatycznie planując kolejne questy tak, żeby nie nabiegać się za dużo i jednocześnie wykonać je wszystkie. Co ma też swoje plusy :D A wieśniacy znowu gryzą ziemię. Drugi raz mnie nie przekonali.