Wspomniany niżej temat, który mi do głowy przyszedł, a na który sił nie miałem. Będąc we Wrocławiu przekonałem się, że tym, co naprawdę może mnie wkurzyć jest spóźnialstwo. Nie moje, o nie – jeżeli już się spóźniam, to robię to tylko dlatego, że inaczej się nie dało (najczęściej do pracy, gdy pociąg padnie, tramwaj ucieknie, albo odmówi współpracy parę kilometrów od biura). Mówię o spóźnianiu się innych. I tu również trzeba wykluczyć pewną grupę, za przykład niech posłuży mi Bushee (no offence mate, ale mi tu pasujesz), który lubi z wrodzoną sobie elegancją rozciągać czas przypisany stwierdzeniu “wpadnij około 19″ do godziny 20, albo i później, jeżeli trzeba ;) No więc o co mi chodzi? O umawianie się na konkretną godzinę, wymaganie ode mnie bym się nie spóźnił, bo nogi z d… i inne takie nieprzyjemności, a potem.. spóźnianie się “bo..” i tu jakiś powód, który ze mną ma tyle wspólnego co zeszłoroczny śnieg. Wiesz, że się nie wyrobisz w terminie – ustal taki by się wyrobić i powiedz zawczasu, oszczędzisz mi nerwów.
I teraz zakończenie – ten wpis zdaje się brzmieć jak wyrzut – może rzeczywiście w jakimś stopniu nim jest, choć co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, więc i rozpamiętywać tego nie będę. Ale tak w nawiązaniu do ostatniego zdania poprzedniego akapitu coś mi się zdaje, że jeżeli kiedykolwiek przyjdzie mi się znaleźć na stanowisku kierowniczym, to co poniektórzy mogą mieć ze mną ciężką przeprawę ;’] I żeby nie było – najbardziej lubię, gdy terminów zwyczajnie nie ma, albo nie muszą być określane datami, godzinami. Choć… no, ale to nadaje się na kolejną notkę, tymczasem – g’night.