Dzisiaj wysikałeś się pod huragan…
Wiedźmin na szlaku
Skończone. A może powinienem powiedzieć rozpoczęte? Wielki Mistrz nie żyje, odzyskałem tajemnice skradzione z Kaer Morhen, konflikt wygasł w sposób naturalny (choć krwawy). Dostałem pieniądze, zabiłem moich prześladowców, obroniłem przyjaciół. Podczas walk między ludźmi i innymi rasami wybrałem trzecią stronę, własną, nie chcąc mieszać się w sprawy, które mnie nie dotyczyły…
Czas topora, pogardy, wilczej zamieci, białego zimna – niezły zestaw
Co jednak by było, gdybym wybrał inną drogę? Nie jest możliwe przewidzieć wszystkich konsekwencji swoich wyborów. Vincent dostał szansę, przynajmniej są z Carmen szczęśliwi. Adda, choć chciała mnie zabić, również miast śmiertelnego ciosu otrzymała dar życia. Berengar, zdrajca i tchórz, pozwoliłem mu odejść, choć za samą tylko konieczność ganiania za nim przez pół świata należało go przygwoździć do ziemi mieczem. Chyba robię się sentymentalny…
Coś się kończy, coś się zaczyna
Rozwścieczona tłuszcza z widłami i pochodniami przeciwko jednej wiedźmie. Fanatyzm bijący w oczy musi być ukarany, mimo iż na dobrą sprawę mogłem wybrać jedynie mniejsze zło. Dwie rasy, ludzi i ryboludów, nieufne wobec siebie, wrogie. I znowu trzecie wyjście, neutralność, ale ta dobra, bo prowadząca do pokoju. Mały chłopiec, którego los zetknął ze mną, a potem rozdzielił. Chciał zostać wiedźminem, głupi. Uciekł gdzieś, w inne miejsce i czas, a ja mam wrażenie, że jeszcze się spotkamy.
Na pohybel dysonansom!
Nie jestem w stanie zliczyć ile istnień pochłonęła moja krucjata. Setki – przynajmniej. Ale wierzyłem i wciąż wierzę, że to było słuszne, jedyne wyjście. Niech Król Gonu mówi co chce, kroczy za mną i mnie obserwuje. Jeżeli mam szukać własnego Grala podążając ścieżką przeznaczenia – niech i tak będzie. W końcu nie chodzi o jego znalezienie, ale o to, by nie poddać się szukając.