Czołem po ponad miesiącu od mojej ostatniej aktywności. No, aktywności na blogu, bo konto na blipie ma się dobrze. Domyślam się, że od tamtego czasu wydarzyło się tyle, że opis wszystkiego byłby nudny jak flaki z olejem i ciekawy tylko dla.. mnie?

Z tego też powodu postanowiłem dać upust swojej złości na niejakiego Jarosława Grzędowicza, który w końcu popełnił trzeci tom “Pana Lodowego Ogrodu”.

O samej książce nie dane było mi pisać więcej jak w dwóch słowach, więc wypada powiedzieć, że jest to miks średniowiecznego eposu o wikingach, japońskiej przypowieści o cesarzu i “Zaginionego w akcji” XXI wieku. Oczywiście w wielkim uproszczeniu. Pierwszy tom pojawił się w 2005 roku, przynosząc swojemu autorowi nagrodę im. Janusza Zajdla. Na drugi przyszło czekać dwa lata, a ja zetknąłem się z nimi w sierpniu 2008.

Przyznam w tym miejscu, że nie od początku byłem przekonany zarówno do historii jak i sposobu w jakim imć Grzędowicz przedstawiał świat. Podzielił bowiem tomy na dwie dziejące się równolegle historie, a co więcej przeplatał z uporem narrację pierwszo i trzecioosobową. Dopiero drugie podejście przekonało mnie, że i nagroda była zasłużona i niespotykany przeze mnie styl również ma swój urok.

To było w wakacje 2008, a dopiero pod koniec listopada tego roku w księgarniach pojawił się tom trzeci. Znaczy to tyle, że na każdy kolejny autorowi potrzeba było dobre dwa lata. Długo, jak na wszelkie standardy. No ale, fan kocha, fan poczeka, fan kupi.

Gdy książka w końcu trafiła w moje ręce ze smutkiem stwierdziłem, że jest chudsza od poprzednich. Czytając co wieczór rozdział, góra dwa zajęło mi niecały tydzień dotarcie do końca. I tutaj nastąpiła konsternacja, bo zamiast spodziewanego (happy) endu mamy punkt kulminacyjny i.. brakowało tylko “to be continued..” na okładce. Noszfak.. dwa lata czekania i teraz świadomość, że na następny, (być może) ostatni tom przyjdzie czekać kolejne dwa? Się nie godzi Panie Grzędowicz…

W ramach protestu sięgnąłem po serię zakończoną i wydaną – Millenium Stiega Larssona, której przeczytanie zajmie mi pewnie miesiąc z okładem. Wtedy też znowu się odezwę.

Ps. Jako, że niekoniecznie powyższe może być dla wszystkich zrozumiałe, w paru słowach: książka cholernie mi się podobała. W końcu wyczekiwane od lat wątki się połączyły i to w sposób, jakiego bym w życiu nie przewidział, a który wywołał u mnie szczery śmiech i zachwyt. Tym bardziej ucinanie historii w momencie w którym jedyne czego się wyczekuje to grande finale uważam za skandal i z niecierpliwością będę czekał na następny tom licząc, że po pierwsze, będzie ostatnim, po drugie, wyjdzie szybciej.