Zaczynałem gdzieś w czerwcu. Najpierw nudne wykłady, miesiąc trwały. Potem jazdy, by nie rzec – bez trzymanki – od razu puszczony na głęboką wodę (czyt. na ulice Poznania). Egzamin teoretyczny przeszedł bez echa – w końcu co to za problem nauczyć się kilku przepisów i, przede wszystkim, logicznie myśleć. W końcu przyszły dwa miesiące czekania. Z lata zostało tylko wspomnienie, ciepłe i jasne wieczory ustąpiły miejsca ciemności podsycanej lodowatym wiatrem i (okazyjnie) deszczem lub śniegiem. Spędzanie 3 godzin dziennie w samochodzie i ciągłe wałkowanie tych samych manewrów zaczynało mi wychodzić bokiem, acz jednocześnie sprawiało satysfakcję. W końcu dziś, o godzinie 16:50 usłyszałem słowa, które chciałem usłyszeć – “Dziękuję, zdał pan”. Prawko odbieram za tydzień.

Ket~