Dwa słowa o pociągach: kur** mać.

Na szczęście od jutrzejszego wieczora nie będę musiał się przejmować czy wrócę do domu przed “Szkłem Kontaktowym”. Przynajmniej przez jakiś czas. Myślę, że już można to spokojnie powiedzieć – święta przyszły. Należy jednak zadać pytanie – i co z tego? Oj, wróć, bo wyjdzie na to, że w ogóle mnie ten czas nie obchodzi. Muszę jednak przyznać, że kiedyś obchodził mnie inaczej.

Za dawnych, szkolnych czasów priorytetem na święta były dwie rzeczy – prezenty i czas wolny od szkoły. Atmosfera nakręcała się sama, kolacja wigilijna, przygotowania – miało to jakiś magiczny posmak. Gdyby sięgnąć jeszcze dalej pojawia się wiara w Gwiazdora, skutecznie podtrzymywana przez rodziców (dygresja: sam postaram się tą wiarę utrzymać we własnych dzieciach gdy się już takich dorobię). Święta – czas magiczny.

Natomiast od trzech lat, odkąd większość mojego czasu zajmuje praca, atmosfera świąt spływa na mnie nie miesiąc przed, nawet nie tydzień wcześniej, ale nie dalej jak na parę dni przed wielkim “to już”. Zabiegani, poddenerwowani, nie mamy czasu wejść w ten okres powoli, najczęściej więc wpadamy w niego w biegu by wyhamować w ostatniej chwili. Wiecie kiedy mnie ostatecznie uderzyło, że święta idą? Dziś rano, gdy siedziałem w pociągu, na drugiej z kolei stacji dosiadła się jakaś dziewczyna i nie zważając na czuły zmysł powonienia współtowarzyszy podróży zaczęła wcinać mandarynki. Pachniało nimi w całym wagonie, słowo daję. A muszę przyznać, że owoce te jadam tylko w święta – tradycja, kaprys, zwał jak zwał – kojarzą mi się jednoznacznie.

Teraz siedzę tutaj, z dziesiątką pomysłów na spędzenie wolnego czasu, który niedługo stanie się moim udziałem. I zupełnie niepotrzebnie myślę o tym, że gdy ten czas się skończy będę musiał wrócić do szarej codzienności (gdzie szarością naznaczone są rytualne wydarzenia, powtarzane w cyklu dobowym). Pozwolę sobie jednak stwierdzić trywialnie – magia świąt jeszcze we mnie nie umarła.