Huk przerwał poranną ciszę, pocisk wystrzelony z karaweli de Ramireza nie doniósł, płosząc tylko mewy siedzące na rejach Zephyra. Pościg trwał już niemal dobę, przy czym to ścigający zdawał się bardziej zmęczony całą sytuacją. Marten cały czas utrzymywał dystans 1 mili, który dawał nadzieję Hiszpanom, jednocześnie nie pozwalając im na zadanie jakichkolwiek szkód zwinnej fregacie. Irytowało to bardzo Ramireza, gdyż wiedział on dobrze, że nikt inny nie pragnął bardziej spotkania z nim niż Jan Kuna, zwany Martenem, a który to teraz unikał go z pełną premedytacją.
Po południu, wiatr, który nieustannie dął od północy, pozwalając rozwinąć maksymalną prędkość karaweli, zmienił kierunek na wschodni, a zaraz potem uderzył z całą siłą z południowego zachodu. Białe żagle Zephyra opięły się na masztach, reje szybko przebrasowano, także zboczył on z dotychczasowego kursu, kierując się ku wschodowi. Santa Cruz (bo tak nazywała się karawela) poczyniła to samo i już wkrótce oba okręty płynęły równolegle do siebie, cały czas zachowując dystans. Trwało to jeszcze parę godzin.
Ramirez kazał swoim podwładnym być w stałej gotowości, by w razie pomyślnego obrotu sprawy móc zaatakować precyzyjnie i szybko. Gdy słońce, powoli kładąc się za horyzontem, oświetliło tylni kasztel obu okrętów stało się coś zgoła nieoczekiwanego. Pojedynczy strzał, a potem salwa z całej lewej burty Santa Cruz odrzuciły okręt, a pociski nie mające dostatecznej siły wzbiły ścianę wody między nim, a Zephyrem. Ramirez w parę sekund zbiegł na pokład działowy by dowiedzieć się co zaszło, lecz zanim ustalił cokolwiek usłyszał krzyk swojego bosmana: “Marten naciera”…