Powoli kończę czytać Miecz przeznaczenia. Zostały jeszcze dwa opowiadania i będę mógł powiedzieć, że przeczytałem Wiedźmina.

Głupio jednak będzie dodać, że zabrałem się za niego (wybaczcie stwierdzenie) “od dupy strony” – no bo spójrzcie: pięcioksiąg, gra (historia dzieje się po tym pierwszym) i na koniec opowiadania, które stanowią wstęp do całości. Dokładnie jak Geralt, który w grze stracił pamięć – zdaje się, że wiem co czuł. Poznawali go, mówili o wydarzeniach z przeszłości, ale o co chodziło – nie wiedzieliśmy obaj. Z każdym opowiadaniem całość stawała się jaśniejsza, a subtelne nawiązania, wcześniej przeze mnie niezauważone powracały w pamięci.

Zauważyłem też, że trochę zmienił się mój stosunek do tej postaci. Z pięcioksięgu wyniosłem obraz człowieka (dajcie dokończyć) naznaczonego przeznaczeniem, uparcie walczącego z losem, dążącego do celu po trupach, ale tylko tych koniecznych. W taki sam sposób (podświadomie, czy nie) zachowywałem się w grze zabijając tylko, gdy było to naprawdę konieczne i dając szansę, gdy widziałem ją w innych. Teraz natomiast mam ochotę podejść jeszcze raz do tej historii i zrównać z ziemią każde odstępstwo od normalności, bo i sam Geralt uparcie wspomina o tym, że nie jest człowiekiem, jest mutantem, maszyną do zabijania, wypraną z uczuć. Zupełnie inny obraz postaci.

Mimo to, coś mnie w tym świecie fascynuje. Walki, opisane na tyle szczegółowo, by mogły zmaterializować się w głowie, podkolorowane ruchami współczesnych mistrzów miecza, na których oparto model walki w grze – doprawdy piękne połączenie. Smród, brud i ubóstwo, naturalne podejście do niemal każdej ludzkiej emocji, zatopione w warstwie fantastycznego świata.

Słów jak powyższe i im podobnych napisano już setki. W końcu jestem tylko młokosem, który emocjonuje się czymś dla siebie nowym, co go wciąga. Niech i tak będzie. Bawię się przy tym wyśmienicie.