Chyba od dwóch miesięcy wordpress dopominał się o aktualizację, więc w końcu się doczekał. Nie o technikaliach dzisiaj jednak będzie, a o książce, jednej z wielu jakie kupiłem w ostatnim czasie, a o których nie wspomniałem tutaj ani słowem.

Tytułowy Zaginiony symbol to piąta powieść Dana Browna, a trzecia traktująca o harwardzkim profesorze Robercie Langdonie. Walczył on już z illuminati, poszukiwał świętego gralla, a teraz przyszło mu się zmierzyć z tajemnicami skrywanymi przez lożę masońską. Jest to o tyle ciekawe, że w przeciwieństwie do poprzednich masoni istnieją do dziś i mają się całkiem dobrze.

Muszę zaznaczyć, że nie miałem okazji zapoznać się z oryginałem (w takim empiku życzą sobie za niego dobre 100 zł – może i jestem książkofilem, ale na głowę nie upadłem). Niemniej tłumaczenie Zbigniewa Kościuka przypadło mi do gustu. Trzyma poziom poprzednich.

Zganić natomiast należałoby samego Browna, który przynajmniej 4krotnie podpadł mi wykorzystując schematy znane z poprzednich powieści (!). Dość wymienić (nie psując wam fabuły), że w pewnym momencie pojawi się oculus (pod takim znaleziono pierwszego z porwanych kardynałów w Aniołach i Demonach), czy zwrot “without wax“, po polsku zupełnie tracący swoje znaczenie, natomiast będący (wybaczcie kolejne zapożyczenie) running gag‘iem innej powieści Dana – Cyfrowej Twierdzy. Zastanawiało mnie i wciąż zastanawia, czy były to celowe zapożyczenia, swoiste puszczenie oka do czytelnika, czy też zwykła niemoc twórcza i brak pomysłów na inne poprowadzenie akcji.

Akcji, która trzeba przyznać rwie do przodu z zawrotną prędkością, będąc jednocześnie schematyczną do bólu. Mamy tajemniczego antagonistę, zagubionego protagonistę i szereg postaci pobocznych, które dopiero na końcu powieści stają po właściwej sobie stronie barykady. Jednych nie lubimy, inne widzimy w niewłaściwym świetle, by koniec końców stwierdzić, że są nam obojętne.

Zawiodłem się natomiast na samej postaci Langdona – tego nad wyraz inteligentnego faceta, który tym razem (i nie będzie to chyba z mojej strony nadużycie waszego zaufania w kwestii spoilerów) musiał być parokrotnie prowadzony “za rączkę” samemu nie będąc w stanie rozwikłać łamigłówki. W tym, co nawet smutniejsze, w samym finale.

Gdy czytałem Zaginiony symbol zdarzyło mi się parokrotnie zastanowić, jak ta czy inna scena wyglądałyby na srebrnym ekranie. Pod tym względem książka nie utrudnia, skupiając swoją fabułę wokół najbardziej charakterystycznych budynków Waszyngtonu. Kapitol, pomnik Waszyngtona czy mauzoleum Lincolna przewijają się przynajmniej parukrotnie, a inne lokacje z pewnością mogą być odworzone w studiu. Szczególnie jestem ciekaw labolatorium Katherine Solomon, głównej postaci kobiecej książki, do którego określenie pitch black pasuje jak ulał.

Koniec końców, nie bawiłem się przy Symbolu tak dobrze, jak przy poprzednich powieściach. Gdybym miał drugi raz zdecydować o zakupie, pewnie bym tego nie zrobił, tylko wybrał się do biblioteki lub poczekał, aż ktoś znajomy sobie go sprawi. Co, w szczególności, jeżeli nie znacie innych książek Browna, mogę wam polecić.