4 kwietnia. Jak ten czas leci. Kiedy ostatnio odzywałem się na blogu wiosna niemrawo wychylała się zza węgła, skrawek po skrawku zabierając Polskę zimie, a powódź, o której co niektórzy pewnie już zapomnieli, miała dopiero nadejść.
Ja, odrestaurowawszy rower, zaczynałem pierwsze wycieczki po ponad roku abstynencji, by (na dzień dzisiejszy) dojść do 30km wyprawy nad jezioro. Biegi, które tak sobie chwaliłem, odeszły na boczny tor, lecz gdy najdzie mnie ochota z pewnością do nich powrócę. Basen też odwiedziłem dochodząc do (wystarczającej jak dla mnie) 20 odległości przepłyniętych pod rząd. Nie mogę narzekać.
Gdy się ostatnio odezwałem, krótko po Prima Aprilis, moja praca magisterska wyglądała jak dowcip, nadpoczęta jak nieświeży pączek. Przyznaję bez bicia, motywacji do jej napisania wciąż mam mało. Bo co to jest papierek, tytuł magistra. Ważniejsze jest to co wiem, co umiem. Jednocześnie nie odpuściłem sobie absolutorium, z czego później przyszło mi się cieszyć. Koniec końców miło było poczuć się choć przez chwilę studentem – takim na 100%.
Dwa miesiące temu na mojej półce stała pokaźna kolekcja książek. Od tego czasu przybyło kilka tytułów, dwie trylogie, a nawet jedna dylogia. O przynajmniej paru z nich planowałem napisać choć parę słów. Kilka z tych nieudanych prób wciąż czeka w kolejce na opublikowanie, choć pamięć o szczegółach fabuły opisywanych powieści już dawno się zatarła. Mogę część wymienić: Cmętarz Zwieżąt, Samozwaniec, Era Pięciorga czy Brudnopis z Czystopisem, ale szerszą rekomendację będę musiał sobie darować.
Przez te osiem tygodni dwukrotnie usłyszałem też, że mnie ktoś podmienił. Jak to tak, zapytacie. Jeżeli mieliście okazje poznać mnie trochę lepiej lub chociaż zadaliście sobie tyle trudu, by przeczytać “o autorze” to wiecie, żem gbur, mruk i maruda aspołeczna. Muszę wam się przyznać, że z jakiegoś powodu (no, pewnie kilku) zaszła we mnie przemiana niczym wody w wino. Do ideału jeszcze sporo brakuje, ale obiecuję dalej się starać.
Było, było, było.. a co będzie? Już jutro zaliczenie projektu dyplomowego. Powstawał w nie mniejszych bólach niż magisterka, ale myślę, że podołaliśmy wyzwaniu. W niedzielę wesele w rodzinie, więc pisanie pracy będzie musiało poczekać. Czy dostaniemy czas do września, czy tylko do sierpnia, okaże się jutro. Za miesiąc kolejny wypad do Wrocławia i bliżej niesprecyzowany gdzieś dalej (góry?). We wrześniu (o ile nie nadzieję się na obronę) myślę wybrać się do Edynburga, jako, że ciągnie mnie do tego miasta już od paru lat. A potem? A cholera wie. Z końcem studiów kończy się kolejny etap, a potem zostaje już “tylko” reszta życia do przeżycia, prawda? ;)
No projekt zdany na 5! my to mamy Ketu talenta;P jeszcze praca jakby tak poszła… i obrona…
Pójdzie, zobaczysz, że pójdzie. Ani sie obejrzymy, a będziemy sobie mogli per “magistrze” mówić ;)