Sesja – system eleminacji studentów jest aktywny – trwa w najlepsze, ale jakoś nie za bardzo mam możliwość nauki w pociągach. Ot nie te przedmioty, nie te notatki i nie te chęci (szczególnie to ostatnie). Za oknami też nieciekawie, a sen jakoś nie przychodzi, więc zostaje mi czytanie książek. Po niżej opisanej wizycie w kinie postanowiłem uzupełnić braki w znajomości prozy Browna i zabrałem się za wszystkie jego pozostałe dzieła1 (wyjątkowo nie kupując, a pożyczając):
Anioły i Demony – fabułę mniej więcej streściłem przy opisie filmu, warto jednak wspomnieć, że w paru (kluczowych!) miejscach nijak ma się do oryginału. Rozumiem wycinanie niektórych postaci, ale zmiany, jakich dopuścił się scenarzysta są wręcz kolosalne. Może dlatego, mimo ogólnej znajomości fabuły całość czytało się przyjemnie i bez nużących przestojów (żeby tylko Langdon nie był takim fajtłapą – wersja filmowa, przedstawiona przez Hanksa, trochę bardziej przypadła mi do gustu).
Deception point – w polskim przekładzie Zwodniczy punkt, a podaję tytuł oryginalny, bo i samą książkę czytałem po angielsku. Zaskakująco dobrze mi poszło, zaledwie parę razy musiałem sięgać do słownika. Sama fabuła koncentruje się wokół wielkiego (i tajnego) odkrycia, jakiego dokonała NASA hen, gdzieś daleko na biegunie północnym. Wszystko ma miejsce w czasie wyborów, więc urzędujący prezydent postanawia przekuć ten sukces na własny, zatrudniając w tym celu niezależnych ekspertów mających potwierdzić autentyczność znaleziska. We wszystko wplątany jest pewien bardzo ambitny senator, jego urodziwa córka, jej zaradny szef i cała plejada innych postaci. Postaci, które, prędzej czy później czekał marny los. Największą (w moim mniemaniu) bolączką tej powieści jest przekosmiczna ilość szczęścia, jaką mają główni bohaterowie. Można by pomyśleć, że gdyby zamknąć ich w stalowej kuli, wrzucić do Rowu Mariańskiego, uprzednio dorzuciwszy solidny balast, to parę stron później erupcja podziemnego wulkanu wyrzuci kulę na pokład przepływającego statku, a niedoszły balast zapewni środki do wydostania się na zewnątrz zanim skończy się tlen. Poza tym – nie mogę narzekać. Jest dość przewidywalnie, ale nie na tyle, by w całości odebrać przyjemność czytania.
Digital Fortess – po naszemu Cyfrowa Twierdza – druga z książek Browna, którą dorwałem w oryginale. Trochę ciekawsza (chyba ze względu na tematykę) od powyższej, historia agentki NSA, która zostaje wplątana w grę, której stawką jest życie wielu osób oraz wszystkie sekrety rządu Stanów Zjednoczonych. Nie chciałbym za bardzo wgryzać się w fabułę, bo mimo, że jak na Browna jest bardzo sztampowa (good guy, bad guy, good who we think is bad and so on), to najlepiej ją poznać samemu. Każda próba streszczenia skończyłaby się ujawnieniem jakiegoś punktu zwrotnego. Wyobraźcie więc sobie polityczny thriller, z dużą ilością komputerowej (i matematycznej) gadaniny, pościgami, morderstawami i dużą gotówką na stole. Całość zamknijcie w jednej dobie i zamieszajcie. Przy odrobinie wyobraźni można by z tego zrobić jeden sezon serialu 24.
I na tym skończyły się książki Browna. Nie byłbym jednak sobą, gdybym czegoś innego nie wynalazł. Jako, że z comiesięcznej pensji pewną kwotę przeznaczam na różne przyjemności zamówiłem sobie kilka tańszych i w większości wiekowych pozycji. Rok 1984, Dzienniki Gwiazdowe, Bajki Robotów i Piąty Elefant – Orwell, Lem po dwakroć i Pratchett na dokładkę. Tego ostatniego zdążyłem już przetrawić i w sumie dobrze uzupełnia informacje z Straży nocnej opowiadajac historię Sama Vimesa (szczegóły sobie daruję – nie pozna Świata Dysku ten, kto nie przeczyta przynajmniej 5 różnych książek z cyklu). Pozostałe natomiast będę czytał w najbliższym czasie, zaczynając od Roku 1984 i możecie być pewni, że prędzej czy później wrzucę tu dwa słowa na temat każdej z nich.
Teraz natomiast wracam do znienawidzonej nauki, by ominęła mnie kampania wrześniowa. Trzymajcie kciuki w sobotnie popołudnie.
Ps. Wiecie, znowu oddałbym chętnie krew – ta całkowita bezinteresowność połączona z minimalnymi wymaganiami naprawdę przypadła mi do gustu. Aż szkoda, że to jeszcze niemal 2 miesiące.
1 wiem wiem, “dzieła” to trochę na wyrost powiedziane
W tym roku z książkami u mnie było kiepsko… ;( i przyznaję, że był to najbardziej stresujący rok (szkolny) w moim życiu, ale też jakże ekscytujący :D hah … A co do książek…poza paroma pozycjami, które wzięłam z mojej ulubionej półki podpisanej “Psychologia” oraz “Parapsychologia” … no niestety nie udało mi się nic ciekawszego chwycić, poza tym – brak czasu miał tu znaczący wpływ.Bardziej byłam skupiona nad podręcznikami do gramatyki ang, i tu mogłabym wymienić z 20 autorów:D hah. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło… wakacje zaczynam od przeczytania jednej książki, napisanej przez mojego wykładowcę, plus pare starszych pozycji – w tym Orwell, ktory pojawil sie na mojej polce w oryginale:D