Nie jestem i nigdy nie uważałem się za audiofila. Mam wyrobiony gust, wiem co mi się podoba, czego nie cierpię, a co ignoruję. I w sumie tyle. Patrząc na półkę, pośród rosnącego zbioru książek znalazłbym 4 czy 5 płyt CD z muzyką, które kupowałem zwykle pod wpływem impulsu (np. Tenacious D, po ich świetnym filmie Pick of Destiny)), nigdy zaś z premedytacją.
Tym dziwniejszy może wydawać się fakt, że w piątek dotarła do mnie paczka z merlina, a w niej dwupłytowy zapis koncertu Iron Maiden z Dortmundu A.D. 2003. Co w tym dziwnego? Ano płyty są czarne, duże i mają rowki. Dzięki młodzieńczej pasji mojego ojca uchował mi się w domu całkiem sprawny adapter, więc pomyślałem czemu by nie sprawdzić, jak “moja” muzyka będzie na nim brzmieć.
I w sumie brzmi ok, ba powiedziałbym, że same płyty to istne cudeńko i tylko wiek sprzętu psuje wrażenie całości. Z drugiej strony, podkręcona głośność, tłum śpiewający pierwsze wersy Fear of the dark czy Hallowed by the name – aż chciałoby się tam być.
…
Ignorant ze mnie, należało na początek wtrącić parę słów o samym albumie. Death on the road to dwa winyle, na których zmieściło się 16 utworów, wszystko zamknięte w kartonowym opakowaniu ozdobionym podobizną czegoś (kogoś?) co niewątpliwie ma w rodzinie Eddiego, maskotkę Maidenów. Warte swojej ceny, jakby kto pytał.
No i teraz pozostaje pytanie, czy skoro powiedziało się “A” to należy powiedzieć “B”. Jeden album to takie nic, ani do ustawienia na półce, ani do dłuższego słuchania. Z drugiej strony sprzęt + kolejne płyty to drogi interes więc chyba jednak zostanę przy książkach, zwłaszcza, że dorwałem ostatnio Gildię magów i choć jeszcze nie skończyłem, już ostrzę sobie zęby na następne tomy.
Już kończę, choć początkowo chciałem napisać jeszcze o wczorajszym koncercie Sabatona w poznańskim Eskulapie, jednak po namyśle zostawię to na następną (jutrzejszą?) notkę. Bo z tym całym pisaniem jest jak z jedzeniem – lepiej częściej a mniej, niż raz, a dużo, co kończy się rozstrojem żołądka.
Winyle wcale nie muszą być takie drogie. W poznańskich antykwariatach znajdziesz prawdziwe cacka, w dobrym stanie i za grosze (10 zł). Wiem z doświadczenia.
minimalizm, o! :D
Sama wolę kupować filmy i książki, płyty sprzedałam, zostawiłam sobie jedynie na pamiątkę Bodomów. :)
Nówki są drogie, ale to się odnosi do wszystkiego, od płyt, przez książki na filmach kończąc – nie ma wyjątku. Mimo to raczej sobie daruję, przynajmniej do czasu aż nie odbije mi na tyle, by zaopatrzyć się we własny sprzęt grający (a potrafię długo nosić się z takim zamiarem i nie wprowadzić go w życie ;))