Z cyklu “coś mi w głowie siedzi”.

1 listopada skłania do przemyśleń. I nie chodzi mi tu o fakt, że tego dnia wspominamy tych, którzy odeszli – to dość oczywista część święta zmarłych Wszystkich Świętych. Po raz wtóry doszedłem do wniosku, że życia nie należy marnować. Rozszerzyłem jednak to stwierdzenie o plan. Prosty, zawierający się w jednym zdaniu. Wpaść na coś, co w krótkim czasie przyniesie znaczną ilość gotówki i pozwoli na spędzenie większości życia na tym, co można nazwać “życiem samym w sobie”. Bo jaki jest sens w tym, by 17 lat swego życia spędzić na nauce, by kolejne 45~ lat pracować na to, co zostanie nam później, gdy będziemy już starzy i (pewnie w niejednym przypadku) schorowani. Odkładać kasę na to, by jako dziadek pojechać na (ostatnią?) podróż życia i oglądać ludzi, którym poszczęściło się na tyle, że mogli pozwolić sobie na nią wcześniej? Czuję ambicję, która przebija się za każdym razem, gdy zmuszony jestem tworzyć rzeczy proste, nierozwijające. Wewnętrzny głos mówi “i po kiego marnować na to czas?”, a umysł buntuje się ostrzegając o konsekwencjach porzucenia tego zajęcia. Widzę możliwości, które stoją przede mną, a których sięgnięcie wymaga odrobiny ryzyka i szczęścia. Szukam swojego Graala i mam nadzieję go znaleźć jak najprędzej.

Tak, w mojej głowie siedzi zamęt i czeka, by się uspokoić.