W chwili gdy to piszę dochdzi 23:30, w piątek, 14 sierpnia. Znaczy to, że gdy w końcu zasnę, a następnie się obudzę, do końca urlopu zostaną mi dwa dni. Głupotą jest robić podsumowania czegoś, co się jeszcze nie skończyło, ale z doświadczenia wiem, że weny nie powinno się ignorować, bo to kapryśna małpa jest.

Pierwszy raz, odkąd zaprzedałem duszę diabłu i poszedłem do pracy wybrałem się na dwutygodniowy urlop. Nie nędzne 7 dni, które zanim się zaczną zdążą się skończyć, ale pełne 14, które postanowiłem wykorzystać jak się da.

Standardem jest, że na początek wylądowałem we Wrocławiu. Zjazd numer 6 był wyjątkowo udany, a zarazem cholernie inny od pozostałych. Nigdy indziej nie zauważyłem tak wyraźnego podziału między starą gwardią, jak zwykłem nazywać uczestników pierwszego zlotu, a “młodymi”, którzy przybyli do twierdzy Breslau po raz wtóry lub pierwszy. Dla ścisłości, wcale, ale to wcale mi to nie przeszkadzało i, nie ukrywam, postanowiłem zadbać o własną dobrą zabawę. I udało się bez problemu. Dość powiedzieć, że wielogodzinne sesje pokera były na porządku dziennym, a pertraktacje nt. tego, kto wybierze się do sklepu potrafiły trwać nawet trzy kwadranse. Zgrzytem nazwę zamiłowanie moich współtowarzyszy do palenia, które, szczególnie ostatniego wieczoru dało się mnie we znaki, ale cóż, przeżyłem, więc sprawa uznana za niebyłą. Co mi jeszcze zapadło w pamięć.. Guiness na wrocławskim rynku – 16 zł za 0,5l to zdecydowanie najdroższy trunek jaki zdażyło mi się pić (nie jestem fanem drinków w pubach). Niemniej bardzo dobry i od czasu do czasu chętnie taki wypiję (co w praktyce przełoży się pewnie na “za rok, na następnym zjeździe”). Gotówka, która rozpłynęła się jak sen złoty, w większości lądując w kieszeni Gośki to też bardzo przyjemny epizod, szczególnie, że raz udało mi się ją ograć na grubszą kasę – a wierzcie mi, w tym roku była to prawdziwa sztuka. Podsumowując – Wrocław zdobyty, a na przyszły rok niech ktoś inny zajmuje się rezerwacjami, bo babki z którymi miałem (nie)przyjemność korespondować okazywały się nieraz wyjątkowo uparte.

Okres po i przed, czyli parę dni między jednym a drugim wyjazdem wspominam dośc słabo. Nie to, że piłem (co byłoby całkiem niezłą przyczyną sklerozy), ale po prostu oddawałem się słodkiemu lenistwu i z tego wszystkiego nie za bardzo jest o czym mówić.

Należy natomiast napisać to i owo o drugim wypadzie, który zgotowałem sobie w tym roku. Najprościej powiedzieć “pojechałem nad morze”, bo prawdą jest, że jeszcze parę dni przed urlopem nie wiedziałem, gdzie się znajdziemy. Padło na Mielno, które do tej pory kojarzyło mi się z dzieciństwem i obozami harcerskimi, w których brałem udział. Jako że łatwiej jest znaleźć igłę w stogu siana niż zarezerwować hotel z jakimś sensownym wyprzedzeniem uznaliśmy , że zawierzymy ślepemu losowi i poszukamy czegoś na miejscu (przezornie – na wypadek kosmicznego pecha – zabraliśmy namiot, który miałby służyć jako przenośne centrum dowodzenia). Sama droga nie obfitowała w jakieś szczególne wydażenia, warto jednak odnotować, że golf jest dobrym samochodem, ładownym i w ogóle, ale zapakuj go po brzegi i zatankuj pod korek, a prędzej zniesiesz jajo niż przyspieszysz na co drugim wzniesieniu bez redukcji biegu. Tak, to na przyszłość. Wracając do samego Mielna. Nie wiem ile z tego co tam widziałem to faktyczne wspomnienia, a ile to tylko bujna wyobraźnia, ale odniosłem wrażenie, że poza wymianą chodników same miasto (miasteczko?) niewiele się zmieniło. A już w szczególności jedna z knajpek, gdzie podają zajebiste wręcz ryby bankowo stoi tam od lat. Nocleg udało nam się znaleźć już po 40 minutach łażenia i początkowego odbijania się od drzwi, na których zawsze wisiała kartka z napisem “brak miejsc”. Hotel był ze wszech miar przyzwoity, i to mimo niezamykających się drzwi do łazienki i “judasza” w drzwiach pokoju założonego do wewnątrz (nie żartuję, z zewnątrz każdy “zainteresowany” mógłby zobaczyć co się dzieje w środku – gdybyśmy mu na to pozwolili). Nas jednak interesowało, by nie robić 3 kilometrowych spacerów, tak więc te drobne niedogodności puściliśmy im płazem. Plaża natomiast… kurde, żeby zająć miejsce nad samą wodą trzeba się pewno było zrywać skoro świt, albo lepiej nocować. W ciągu trzech dni ani razu nie było nam dane leżeć przy brzegu, na czym w sumie tak wiele nie stracilśmy, bo pomijając dzień pierwszy woda była cholernie zimna (14 stopni). Jedyne pocieszenie – w Kołobrzegu mieli gorzej (9 stopni). Na szczęście słońce świeciło nam wszystkim tak samo, więc nie wyglądam już jakbym całe dnie spędzał przed komputerem. Tak jak wcześniej Mielno kojarzyło mi się z obozem, tak teraz będą to chyba samochody, a już w szczególności pewne Ferrari, Aston Martin i Ford T, które parkowały w pobliżu wejścia na plażę – normalnie cudeńka.

W chwili gdy piszę te słowa dochodzi północ, tak więc do końca urlopu zostały mi jeszcze dwa dni. Grzechem byłoby je zmarnować, więc jutro wybywam nad jezioro, łapać słońce i leniuchować. Szkoda trochę, że spokój i radość mącą mi już ponure myśli związane z powrotem do pracy i sprawami związanymi z uczelnią, ale postaram się je odgonić. W końcu trzeba będzie wytrzymać z tym optymizmem do następnego wolnego w grudniu.

W chwili gdy to piszę dochdzi 23:30, w piątek, 14 sierpnia. Znaczy to, że gdy w końcu zasnę, a następnie się obudzę, do końca urlopu zostaną mi dwa dni. Głupotą jest robić podsumowania czegoś, co się jeszcze nie skończyło, ale z doświadczenia wiem, że weny nie powinno się ignorować, bo to kapryśna małpa jest.
Pierwszy raz, odkąd zaprzedałem duszę diabłu i poszedłem do pracy wybrałem się na dwutygodniowy urlop. Nie nędzne 7 dni, które zanim się zaczną zdążą się skończyć, ale pełne 14, które postanowiłem wykorzystać jak się da.
Standardem jest, że na początek wylądowałem we Wrocławiu. Zjazd numer 6 był wyjątkowo udany, a zarazem cholernie inny od pozostałych. Nigdy indziej nie zauważyłem tak wyraźnego podziału między starą gwardią, jak zwykłem nazywać uczestników pierwszego zlotu, a “młodymi”, którzy przybyli do twierdzy Breslau po raz wtóry lub pierwszy. Dla ścisłości, wcale, ale to wcale mi to nie przeszkadzało i, nie ukrywam, postanowiłem zadbać o własną dobrą zabawę. I udało się bez problemu. Dość powiedzieć, że wielogodzinne sesje pokera były na porządku dziennym, a pertraktacje nt. tego, kto wybierze się do sklepu potrafiły trwać nawet trzy kwadranse. Zgrzytem nazwę zamiłowanie moich współtowarzyszy do palenia, które, szczególnie ostatniego wieczoru dało się mnie we znaki, ale cóż, przeżyłem, więc sprawa uznana za niebyłą. Co mi jeszcze zapadło w pamięć.. Guiness na wrocławskim rynku – 16 zł za 0,5l to zdecydowanie najdroższy trunek jaki zdażyło mi się pić (nie jestem fanem drinków w pubach). Niemniej bardzo dobry i od czasu do czasu chętnie taki wypiję (co w praktyce przełoży się pewnie na “za rok, na następnym zjeździe”). Gotówka, która rozpłynęła się jak sen złoty, w większości lądując w kieszeni Gośki to też bardzo przyjemny epizod, szczególnie, że raz udało mi się ją ograć na grubszą kasę – a wierzcie mi, w tym roku była to prawdziwa sztuka. Podsumowując – Wrocław zdobyty, a na przyszły rok niech ktoś inny zajmuje się rezerwacjami, bo babki z którymi miałem (nie)przyjemność korespondować okazywały się nieraz wyjątkowo uparte.
Okres po i przed, czyli parę dni między jednym a drugim wyjazdem wspominam dośc słabo. Nie to, że piłem (co byłoby całkiem niezłą przyczyną sklerozy), ale po prostu oddawałem się słodkiemu lenistwu i z tego wszystkiego nie za bardzo jest o czym mówić.
Należy natomiast napisać to i owo o drugim wypadzie, który zgotowałem sobie w tym roku. Najprościej powiedzieć “pojechałem nad morze”, bo prawdą jest, że jeszcze parę dni przed urlopem nie wiedziałem, gdzie się znajdziemy. Padło na Mielno, które do tej pory kojarzyło mi się z dzieciństwem i obozami harcerskimi, w których brałem udział. Jako że łatwiej jest znaleźć igłę w stogu siana niż zarezerwować hotel z jakimś sensownym wyprzedzeniem uznaliśmy , że zawierzymy ślepemu losowi i poszukamy czegoś na miejscu (przezornie – na wypadek kosmicznego pecha – zabraliśmy namiot, który miałby służyć jako przenośne centrum dowodzenia). Sama droga nie obfitowała w jakieś szczególne wydażenia, warto jednak odnotować, że golf jest dobrym samochodem, ładownym i w ogóle, ale zapakuj go po brzegi i zatankuj pod korek, a prędzej zniesiesz jajo niż przyspieszysz na co drugim wzniesieniu bez redukcji biegu. Tak, to na przyszłość. Wracając do samego Mielna. Nie wiem ile z tego co tam widziałem to faktyczne wspomnienia, a ile to tylko bujna wyobraźnia, ale odniosłem wrażenie, że poza wymianą chodników same miasto (miasteczko?) niewiele się zmieniło. A już w szczególności jedna z knajpek, gdzie podają zajebiste wręcz ryby bankowo stoi tam od lat. Nocleg udało nam się znaleźć już po 40 minutach łażenia i początkowego odbijania się od drzwi, na których zawsze wisiała kartka z napisem “brak miejsc”. Hotel był ze wszech miar przyzwoity, i to mimo niezamykających się drzwi do łazienki i “judasza” w drzwiach pokoju założonego do wewnątrz (nie żartuję, z zewnątrz każdy “zainteresowany” mógłby zobaczyć co się dzieje w środku – gdybyśmy mu na to pozwolili). Nas jednak interesowało, by nie robić 3 kilometrowych spacerów, tak więc te drobne niedogodności puściliśmy im płazem. Plaża natomiast… kurde, żeby zająć miejsce nad samą wodą trzeba się pewno było zrywać skoro świt, albo lepiej nocować. W ciągu trzech dni ani razu nie było nam dane leżeć przy brzegu, na czym w sumie tak wiele nie stracilśmy, bo pomijając dzień pierwszy woda była cholernie zimna (14 stopni). Jedyne pocieszenie – w Kołobrzegu mieli gorzej (9 stopni). Na szczęście słońce świeciło nam wszystkim tak samo, więc nie wyglądam już jakbym całe dnie spędzał przed komputerem. Tak jak wcześniej Mielno kojarzyło mi się z obozem, tak teraz będą to chyba samochody, a już w szczególności pewne Ferrari, Aston Martin i Ford T, które parkowały w pobliżu wejścia na plażę – normalnie cudeńka.
W chwili gdy piszę te słowa dochodzi północ, tak więc do końca urlopu zostały mi jeszcze dwa dni. Grzechem byłoby je zmarnować, więc jutro wybywam nad jezioro, łapać słońce i leniuchować. Szkoda trochę, że spokój i radość mącą mi już ponure myśli związane z powrotem do pracy i sprawami związanymi z uczelnią, ale postaram się je odgonić. W końcu trzeba będzie wytrzymać z tym optymizmem do następnego wolnego w grudniu.