Piłka jest okrągła, a bramki są dwie
Pomijając wyścigi Formuły 1 nie zwykłem komentować tu wydarzeń sportowych. Kibic ze mnie okazyjny i w gruncie rzeczy skory do oglądania meczy i spotkań tylko, gdy grają w nich nasi (ot, lokalny patriotyzm, który na lokalnym, piłkarskim podwórku objawia się sympatią do poznańskiego Lecha).
Gdyby wczorajszy mecz z Austrią nasi wygrali, pewnie słowem bym o tym nie wspomniał. Nie lubię powtarzać się po setkach serwisów informacyjnych, w których wszędzie piszą to samo, tylko szyk zdań trochę inny (uwaga, dla F1 zrobiłem wyjątek). Jednak nasi nie wygrali i mimo, że owe serwisy również będą trąbić o tym na lewo i prawo, zrobię wyjątek numer dwa.
Pierwsze pół godziny wczorajszego spotkania mogło niejednego kibica przyprawić o zawał i gdyby nie niesamowite interwencje Boruca, po 30 minutach byłoby przynajmniej 3:0. Potem jednak strzeliliśmy gola, Austriakom opadły skrzydła, a druga połowa to był zupełnie inny mecz, pod nasze dyktando. I jak się okazało, pod dyktando jednego Anglika.
Za niesprawiedliwe uważam opinie, że ten remis należał się naszym przeciwnikom. Jak słusznie zauważył na jednym forum mój znajomy:
Czy się stoi czy się leży dwa tysiące się należy. W futbolu nic się nie należy. Nie moja i twoja i pani goździkowej wina, że Austriacy z uporem maniaka kopali w Boruca zamiast do bramki. Niewykorzystane akcje lubią się mścić, prawda stara jak świat.
Za niesprawiedliwe uważam stwierdzenia, że nasi mogli strzelić multum bramek w drugiej połowie, coby ta jedna nie robiła różnicy. Równie dobrze to Austriacy mogli się podnieść i spuścić nam takie manto, że wspaniała postawa Boruca poszłaby w niepamięć, a naszych wygwizdaliby nie tylko austriaccy kibice. Nie stało się jednak ani tak, ani tak więc nie ma co “gdybać”.
Ostatecznie za niesprawiedliwe uważam podytkowanie karnego w ostatniej minucie meczu. Na milę śmierdzi mi to ratowaniem tyłka gospodarzom, którzy, bez tego remisu, nie mieliby już żadnych szans na awans do dalszej fazy rozgrywek. Historia zna wiele takich przypadków, gdy drużynie organizatora turnieju pomagały ściany. Tym razem ściany grały przeciw nam.
Ale powiem wam jedno – mimo olbrzymiej ilości obraźliwych zdjęć i nienawistnych komentarzy skierowanych do Webba, po wczorajszym, ostatnim gwizdku nie czułem złości. Bardziej bezsilność i smutek. I wyobrażałem sobie, co musieli czuć nasi piłkarze schodząć z murawy.
Na zakończenie odrobina (szalonego) optymizmu, zdanie, które również przewija się w komentarzach:
Jeżeli Austriacy pokonają Niemców, a my rozłożymy Chorwatów lepszym stosunkiem bramek niż Austriacy Niemców właśnie – awansujemy my i Chorwaci.
Naprawdę, chciałbym wierzyć w takie cuda.