4 sezon House’a powoli dobiega końca. Przez strajk scenarzystów całość została skrócona o 6 odcinków, a przedostatni nadano wczoraj. I muszę powiedzieć, że w przeciwieństwie do 2 sezonu Heroes’ów, który brutalnie ucięto po krótkim zawiązaniu akcji, House ani na moment nie obniża poziomu. Sam finał jest z resztą dwuodcinkowy, dlatego przez najbliższy tydzień będę niecierpliwił się i zrzędził “czemu ten czas się tak wlecze”.

No ale – znacie w ogóle House’a? Szef wydziału diagnostyki nieistniejącego szpitala gdzieś w Stanach. Sponiewierany przez życie, uzależniony od środków przeciwbólowych. Nie wierzy w ludzi z góry zakładając, że każdy pacjent kłamie. Rozwodnik, okazyjnie szukający zaspokojenia w ramionach dam lekkiego prowadzenia. Kpiący z reguł, ignorujący przejawy dobrej woli, złośliwy i wredny. Prawdziwy antybohater i chyba głównie dlatego postać ciekawa i przykuwająca do ekranu.

Nadrabiając stracone odcinki (polska premiera na AXN miała miejsce w grudniu zeszłego roku) spędziłem całe godziny przed monitorem, chłonąc cynizm i ignorancję z niego bijącą. Jednocześnie zastanawiałem się, czy człowiek tak do szczętu aspołeczny byłby w stanie funkcjonować w społeczeństwie jakie znamy. W końcu doszedłem do wniosku, że tak, bo otoczenie dostosowałoby się do niego, wybaczając mu wady tak długo, jak długo jego wiedza byłaby nieoceniona, a on sam nieomylny.

Inną rzeczą, którą chłonąłem była wiedza medyczna, od angielskich nazw chorób począwszy, na objawach udaru mózgu skończywszy. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie serwowano mi pseudonaukowego bełkotu. Dobrą stroną tego wszystkiego jest fakt, że do oglądania najnowszych odcinków starczy mi oryginalna ścieżka dźwiękowa – z grubsza wiem o czym się mówi (w tym – co może dolegać kolejnym pacjentom). Ot zabawa i nauka w jednym (z zdecydowanym naciskiem na to pierwsze).

Kończąc, każdemu polecam zapoznanie się z House’m, a najbliższą okazję będziecie mieli już za dwa dni, 15 maja, program 2 TVP.