Anton Gorodecki, Nocny Patrol Moskwy, wyjść ze zmroku!

To pierwsze zdanie jakie zapamiętałem z Nocnego Patrolu, o którym już zdarzyło mi się pisać. Nie dalej jak trzy dni temu polską premierę miał kolejny tom, tym razem zatytułowany Ostatni Patrol. I jeżeli wierzyć temu, co zawiera, będzie to też ostatnia część tego cyklu. A może powinienem powiedzieć ostatni rozdział? W przeciwieństwie bowiem do innego, wszystkim dobrze znanego, cyklu o Harrym Potterze, z którego każdy tom, mimo wielu wydarzeń i aluzji wiążących go z pozostałymi, stanowił oddzielną i zamkniętą całość. 7 lat, każdy rok to jedna historia z motywem przewodnim. Wracając do patroli, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby ludziom nie przeszkadzało wydawanie opasłych tomisk, mających po 1200 stron (Władca Pierścieni się kłania), to i tą historię można by tak przedstawić.

Nie miejcie mi za złe, będą spoilery, choć delikatne. Jeżeli macie w planach czytanie cyklu, odpuście.

Może to tylko wrażenie, spowodowane świeżością treści i tym, że niemłody już (względnie) cykl, poznałem w ciągu ostatnich dwóch-trzech miesięcy. Niezależnie jednak od tego – całość przedstawia się tak spójnie, że w pewnym momencie razem z Antonem byłem przekonany, że zmarły w poprzednim tomie bohater powrócił do (nie)życia i czyhał na jego życie. Łukjanienko najzwyczajniej w świecie mnie do tego przekonał, zręcznie operując faktami, by później wyprowadzić mnie z błędu w sposób tak oczywisty, że mogłem mieć za złe tylko sobie tak proste wpuszczenie w maliny.

Czepiać się natomiast mogę tego, że ci, którzy byli mózgami operacji w wcześniejszych tomach, teraz zostali usunięci w cień (żeby nie powiedzieć Zmrok). Ich intrygi i knowania zostały zastąpione bajką o nie tak szlachetnym Merlinie, któremu w pewnym momencie było bliżej do Heroda, niż dobrotliwego starca, który pomógł Arturowi zostać wspaniałym i mądrym władcą (Wtrącę tu, że to druga w ostatnim czasie książka, która czerpie z tej legendy garściami, a którą czytam. Poprzednia była oczywiście Pani Jeziora z cyklu o Wiedźminie A.Sapkowskiego). Historia to ciekawa, ale spowodowała, że ci, których zwykło zwać się Wielkimi, Magami poza kategoriami wyrastają nagle jak grzyby po deszczu, a to dzięki amuletom, a to dzięki starożytnym wywarom gotowanym przez długowieczne wiedźmy. Ich unikalność i siła zostały równo rozłożone pomiędzy obie strony, tak by żadna nie miała druzgocącej przewagi.

Mimo to, nie mogę powiedzieć, że cykl mi się nie podobał. Ba, podobał się jak diabli, bo miał wszystko czego mogę od książki oczekiwać. Wciągającej historii, magii (powiedzmy, że “fantastyczności”), inteligentnych zwrotów akcji i, co najważniejsze, zakończenia, które nie budziło jeszcze większej ilości pytań niż to możliwe. Byle więcej takich książek.

Ps. Dziś dzień programisty, w związku z czym życzę innym i sobie najlepszego. Tylko czemu w to święto nie było wolnego?