“Będziemy wracać wcześniej!” – zakrzyknąłem jakiś miesiąc temu po sprawdzeniu nowego rozkładu PKP na stronach… niemieckich kolei (sic!). I było dobrze.

“No, to ostatni dzień tak późnych powrotów” – powiedziałem w ostatni piątek wsiadając do jak zwykle wypakowanego po brzegi pociągu powrotnego. I myślałem, że będzie dobrze.

“Ile już stoimy? 40 minut?” – no wiecie, pierwszego dnia po zmianie jeszcze mogli mieć problemy, w końcu chodzi o setki składów w całej Polsce. W końcu czego innego się spodziewać po poniedziałku. I byłem spokojny.

“Pociąg pośpieszny z (..) do Wrocławia jest opóźniony o..” – miałem nadzieję, że dzisiaj już pojadą ok, zwłaszcza, że przez projekt na uczelnię zostałem 2 godziny dłużej w pracy. I przestało być fajnie.

“Pociąg osobowy… opóźniony o… za opóźnienia serdecznie przepraszamy..” – która to godzina? 19:15? O, tylko pół godziny spóźnienia, ruszamy! Ej, czemu on zmienia tor? … Dawno nie jechałem z Poznania do Kościana 1,5 godziny. I mam ochotę kogoś zamordować.

“Gdzie jesteście? Chodźcie na ‘czwarty’, zaraz osobówka odjedzie” – patrzcie państwo, godzina się zgadza, szkoda, że pociąg nie. Ale miło z ich strony, że poczekali na nas te 50 minut. I zastanawia mnie, czy Ci, którzy chcieli jechać planowo podzielają moje zdanie.

“Pociąg osobowy z Poznania do Leszna gotowy do odjazdu…. !!! biegiem!” – jakbym się dzisiaj spóźnił, bo pociąg odjechał w końcu planowo dopiero miałbym na co kląć. I w brodę sobie pluć.

Czekają mnie jeszcze dwa dni jeżdżenia pociągiem w tym tygodniu. Na 5 już byłych pociągi miały w sumie niemal 3 godziny opóźnień (pominąwszy drogę DO Poznania, gdzie też idealnie nie było). Ja rozumiem, że nie da się, by z miejsca było idealnie, ale gdy z jednej strony człowiek chce wrócić do domu jak najszybciej, a z drugiej słyszy od konduktora Trzeba nie było jechać na ostatnią chwilę, co ja mogę, że się Pani spóźni* to krew się gotuje. I najgorsze, że nie można nic z tym zrobić tylko wytrzymać.