Promień światła wpadł przez okno, odbił się kolejno od monitora, przeszklonej szafki i telewizora, by tylko sobie znanym sposobem zbudzić śpiącego, który upatrzył sobie najciemniejszy, mogło by się zdawać, kąt pokoju. Precyzja godna podziwu, minutę później zadzwoniłby budzik. Poranny prysznic, zwyczajowo, ale i orzeźwienie, bo noc nijak nie chciała dać ochłody. Na śniadanie kawa, bo i tak nie da się przełknąć czegokolwiek. Wszechobecny pośpiech daje o sobie znać, gdy ledwie po pierwszym łyku spiker w radiu obwieszcza poranne wiadomości…

Gosi i jej podobnym gratuluję zakończenia nauki w liceum i życzę powodzenia na maturach – dacie sobie radę :). Sobie gratuluję kolejnego przedmiotu z głowy (to nawet sesją zerową nazwać się nie da chyba :P). Wiośnie gratuluję tak udanego pomysłu jak mrozy (!) w najdłuższy mój wolny weekend od czasu ostatnich wakacji (świąt dla zasady nie liczę).

Gwizd, stukot, szarpnięcie. Znowu w domu. Prawie. Ale nigdzie się nie spieszy. Słońce grzeje, jakby chciało pokazać każdemu z osobna, jak się żyje w strefie równikowej. Ale to nic. Powolne kroki, nie mierzone czasem, czy odległością. “Pośpiech wskazany przy łapaniu pcheł” – mówią. Na ulicach pustki – minie trochę czasu nim ludzie przyzwyczają się do temperatur. A można usiąść na ławce… i w zapomnieniu obserwować jak zapada zmierzch…