Izoluję się. Po raz drugi czytam o przygodach Geralta. Przypominam sobie imiona, nazwy miejsc, chronologię wydarzeń.
Zatracam się. Po raz pierwszy jestem Geraltem. Podejmuję decyzje, brzemienne w skutkach i robię to, co uważam za słuszne.
Wracam na ziemię. Połączenie książki i gry jest wspaniałą odskocznią od szarej i nudnej rzeczywistości.
A taka musi być, gdy ludzkie słabości pod postacią choroby uniemożliwiają wystawienie nosa za drzwi. Nie żeby było po co go wystawiać, przynajmniej pod względem pogody, ale tkwić w domu też nie lubię. Rano myślałem nawet, że fajnie byłoby pojechać w góry. Od dwóch lat z okładem nie wyjechałem dalej jak do Warszawy (na imprezę) lub Wrocławia (na zjazd). Nie twierdzę, że te wypady były złe, wręcz przeciwnie. Ale tak zniknąć na tydzień i przejść te wszystkie szlaki, którymi chodziłem wcześniej, lub wybrać się w Bieszczady, góry jeszcze przeze mnie nieprzebyte i tam zdobywać szczyty? Wspaniała perspektywa – godna rozważenia i zrealizowania (Rozwieję ew. wątpliwości – tak, wolę góry od morza. Przesiadywanie na plaży, poza ew. uciechami dla oka, nie ma dla mnie większej wartości).
Myśli bez większego ładu i składu – tak jak te pisane dwa posty wcześniej. Na razie nie znalazłem dla nich porządku. Jeszcze nie.
Ot – życie.
A ja na nic nie zamieniłbym tych dziesięciu dni w roku, które spędzam nad morzem… tylko złoty piasek, szum fal, wieczorny spacer tętniącym życiem bulwarem, Judzia, piwo, Rozrywka (takie wydawnictwo) i ja.. :)~~ do tego co nieco zwiedzania okolicy i wszechogarniający luz :)
Kurde, Ketsu, czasem Ci zazdroszczę tych studiów ;) z resztą wiesz ;] Ty się wylegujesz (choroba chorobą, ale to bądź co bądź pewna forma urlopu :D), spokojnie grasz… nie powiem, że ja w ogóle nie gram, ale ciągle jak topór kata wisi nade mną wizja dwóch dość sporych projektów, które muszę zrobić do końca tego roku… a na dobrą sprawę – jeden z nichd do połowy grudnia, bo do niego potrzebny mi jest zdalny dostęp do stacji roboczej, z której będzie korzystać też 120 innych osób z mojego roku, a więc im wcześniej go zrobię, tym mniejszy tłok i w tym mniejszych kolejkach będą czekać moje programy :)
Satysfakcję z wejścia na jakiś szczyt przedkładam nad Twój szum fal etc ;) Judzi jeno bym nie wliczał tu w ogóle – jest poza kategoriami ;), a tak – sorry, no bonus.
Co się tyczy studiów sam mam jeden duży projekt na karku (tzw. licencjacki) i to co mnie martwi, to ogólny brak czasu by się na poważnie za niego zabrać. Nie liczyć mi tu proszę tych paru dni wolnego, które dała mi choroba – mówię w ogólnym kontekście. A tego grania tak szczególnie dużo nie ma. Dopiero dzisiaj “przysiadłem” i udało mi się zawędrować gdzieś do połowy drugiego aktu. A jeszcze 5x tyle przede mną.
Góry… albo zapierdalasz pod górkę i Cię nogi bolą albo z górki i Cię bolą jeszcze bardziej… tydzien – TAK, dwa tygodine – NIE ! :)
No, i jeszcze musisz za to płacić… kufa, jak ja nie lubiłem szkolnych wycieczek w góry :)
Ogólnie za górami nie przepadam, ale fakt faktem, że zmienił mi się stosunek (i kondycja) i szczerze mówiąc – chętnie bym spróbował jeszcze raz. W końcu widoki są super… szkoda tylko, że tyle trzeba się namęczyć żeby je zobaczyć ;)
Jestem ciekaw jaki masz ten projekt… ale nie zdziwiłbym się, jeśli jest rozmiarowo porównywalny z którymś z moich projektów :)
Góry mi nie straszne, swój pierwszy szczyt (śnieżkę) zdobyłam w wieku 7 czy 8 lat :Di myślę, że teraz po 10 latach nie byłoby z tym problemu :D