- Cześć.
- No cześć.
- Co powiesz na..
- Nie.
- Oh, ok, to może..
- Nie.
- W takim razie..
- Nie.
Słońce miało właśnie wychylić się ponad horyzont, gdy zbudzony poranną potrzebą wyszedł za drzwi drewnianego domku. W sumie niewiele brakowało mu do domu, malowniczo położonego w na skraju lasu, nieopodal jeziora, gdyby nie dwa fakty. Brakowało w nim elektryczności, a wieś, w której stał nazywała się “Małe Swornegacie”. Duże gacie wisiały na sznurze nieopodal, gdyż owe jezioro przyciągało nie tylko owady pragnące przedłużyć istnienie swojego marnego gatunku, ale też wielkomiejskich ludzi, którzy w nadziei na chwilę wytchnienia tłumnie zjeżdżali do okolicznych wiosek. Mimo chłodu, który tego ranka szczególnie dawał o sobie znać, wracając zatrzymał się, oparł o barierkę i czekał. Cisza, którą usłyszał zapadła mu głęboko w pamięć i wiedział, że nieprędko usłyszy ją znowu. Gdy pierwszy promień światła przebił się przez liście odwrócił się, zamknął drzwi i niespiesznie zasnął. I gdyby tak nie musiał już się budzić, cisza mogłaby wtedy trwać bez końca…
W przeciwieństwie do poniższych wpisów, ten ma w sobie trochę więcej prawdy. Istnieje taka miejscowość, istnieje ten dom, gacie chyba też wisiały. Może czas teraźniejszy jest tu trochę ryzykowny, ale na pewno te miejsca istniały jakieś 10 lat temu, gdy odwiedzałem je w wakacje. Do dziś pamiętam pływanie łodzią po jeziorze. I ten poranek.
Ta…. jest coraz mniej miejsc do których nie dotarła “cywilizacja”…
Byłam w Małych Swornegaciach (czy jakkolwiek się te gacie odmienia:))
A można spytać kiedy? ;)
odpowiadam… dawno – 7 czy 8 lat temu…