Gildia Magów, Nowicjuszka, Wielki Mistrz – na te trzy tytuły składa się owa trylogia. 3 książki, które połknąłem w ciągu ostatniego tygodnia poświęcając im czas w pociągu, w przerwach “obiadowych” i wieczorami (a gdyby to było możliwe czytałbym również w i podczas pracy). Chodziłem przez to z lekka niewyspany, bo syndrom “jeszcze jednego rozdziału” dawał mi się we znaki, ale przynajmniej wyjaśniły się moje problemy ze snem jako takim.

Cała historia skupia się na dziewczynie imieniem Sonea, która zupełnie przypadkowo odkrywa w sobie talent magiczny, co momentalnie sprowadza jej na głowę masę kłopotów. Sztuka ta bowiem zarezerwowana jest jedynie dla magów, szkolonych od wieków w kyrallijskiej Gildii. Potencjalni magowie są wyszukiwani pośród dzieci możnych rodzin, tak więc odkrycie talentu w osobie bylca – jakby nie patrzeć najniższej warstwy społecznej – jest niebezpieczne nie tylko dla Sonei, ale i dla całego miasta. Tak w skrócie mógłbym własnymi słowami opisać początek pierwszego tomu, nie zdradzając wam jednocześnie za wiele.

Jeżeli na dźwięk słów “młoda magiczka” mimowolnie przyszedł wam do głowy Harry Potter to spieszę z wyjaśnieniem, że przygody Sonei w niczym nie przypominają przeżyć małoletniego Bryta z błyskawicą na czole. Przede wszystkim są bardziej dojrzałe, a problemy w nich poruszane można by z łatwością dopasować do naszego świata. Mamy więc uprzedzenia rasowe, nienawiść dla wszelkiej odmienności, wywyższanie się arystokratów i wyzysk warstw ubogich. Jest walka z wyzyskiem, regularna wojna i sprzymierzenie przeciw wspólnemu wrogowi. Jest nienawiść, odrobina miłości, trochę szczęścia i wiele innych uczuć. Jak się teraz zastanowić, nic dziwnego, że na koniec miałem szalenie mieszane uczucia, gdzie triumf mieszał się z smutkiem i niepewnością.

Bo przyznać muszę, że udało się Trudi Canavan, autorce, na tyle wciągnąć mnie w swój świat, że po zamknięciu Wielkiego Mistrza pozostała we mnie jakaś pustka, która gryzła mnie jeszcze przez następny dzień. Ciekaw jestem, czy planowana jest jakaś inna seria dziejąca się w tym świecie, bo postacie na pewno nie zostały do końca wyczerpane i historia aż prosi się o ciąg dalszy.

A jeżeli nawet żadnego ciągu dalszego nie będzie, to Trylogię polecam wam z całego serca, bo to druga książka z jaką miałem do czynienia, w której magowie nie dzielili się na białych i czarnych dając pole do popisu całej gamie odcieni szarości.