Jesteś wierzący? Spodziewasz się zatem Apokalipsy, Sądu Ostatecznego, który odmieni życie na Ziemi. A może wychowałeś się w duchu mitologii skandynawskiej? Nie jest Ci zatem obcy Ragnarök, zmierzch bogów i zagłada gatunku ludzkiego. Być może jednak jesteś muzułmaninem, świadomym nieuchronnego przyjścia Antychrysta i piorunów spopielających niewiernych?

A teraz wyobraź sobie, że pewnego pieknego dnia wszystko to ma miejsce. Z nieba walą pioruny, oceany wdzierają się w głąb lądu niszcząc wszystko co napotkają na swojej drodze, a istoty podobne do aniołów porywają ludzi w przestworza by zaznali innego, lepszego życia.

Następnie wyobraź sobie, że dla Ciebie zwyczajnie zabrakło miejsca. Nie zostałeś wybrany, nie zginąłeś pod zwałami gruzów w jakie obróciły się wszystkie miasta. I jeżeli sądzisz, że miałeś niewiarygodne szczęście, porzuć tą myśl, bo właśnie trafiłeś do piekła na ziemii.

Maja Lidia Kossakowska, autorka dwutomowej powieści Zakon Krańca Świata przedstawia czytelnikowi Ziemię, jakiej (miejmy nadzieję) nigdy nie będzie miał okazji poznać. Kojarzącą się z postnuklearnym światem Fallout’a zaprawionym szczyptą magii. Ziemię, na której grupa regilijnych przywódców, poznawszy moc kontroli rzeczywistości, zafundowała swoim wyznawcom Armagedon. Świat, w którym grupa “buntowników”, posiadłszy niewspółmiernie mniejsze zdolności stara się przywrócić równowagę w świecie, który cofnął się do czasów niemal neandertalskich. I można przypuszczać, że nie mają najmniejszych szans.

Cała historia zaczyna się od momentu, w którym Grabieżca Lars Bergerson włamuje się do Biblioteki w dominium Mistrzów Blasku, odmieniając tym samym swoje życie… wróć, nie ta bajka. Od momentu, w którym Lars Bergerson omal nie odmienia życia na Ziemi… znowu nie to. Od chwili, w której Lars Bergerson musi ratować swój i zupełnie mu obcy tyłek nie uzyskawszy niemal nic. Wiedziony chwilowym impulsem postępuje wbrew sobie, pakując się w coraz większe bagno, by po wielu perypetiach sięgnąć absolutnego dna. Wspomagany przez życzliwe mu osoby wyrusza w podróż, która wiedzie go przez bagna szaleństwa i lasy krwawch ofiar. Kończy się natomiast.. no, tego przecież nie zdradzę. 

Podsumowując. Co mi się podobało? 

  • pseudo-postnuklearny świat, w którym rację ma ten, kto ma pieniądze i siłę. 
  • główny bohater, niemal z krwii i kości, targany emocjami i nieustaninnie zmagający się z własnym sumieniem i przeciwnościami
  • dopełnienie się historii, bez niedomówień i półodpowiedzi
  • smaczki w rodzaju kart kredytowych “robiących” za talizmany szczęścia
Co mogło być inaczej? (uwaga, czepiam się pierdół)
  • wizje, nawiedzające Larsa – mimo, że ciekawe, to czasami zbyt odjechane
  • dokładniejsze przedstawienie historii świata, a w szczególności Armagedonu w wykonaniu Mistrzów Blasku
  • no i chętnie przeczytałbym o tym co było później
Jak widać czepiam się trochę na siłę i w sumie nic dziwnego, bo Zakon Krańca Świata mogę z czystym sumieniem polecić każdemu fanowi fantastyki.