notki and studia 29 Dec 2009

Wesołego po świętach. Za dwa dni koniec roku, więc pomyślałem, że może fajnie byłoby zebrać się w sobie i spłodzić jakeś podsumowanie. Szczególnie, że skończywszy czytać dziś po południu Millenium Larssona mam jakąś wewnętrzną potrzebę, albo raczej głód pisania. Chyba dlatego, że głównym bohaterem trylogii jest dziennikarz i wręcz zazdrościłem postaci literackiej tego, jak “spędzał na pracy parę godzin, po których miał jakieś 10 stron tekstu”. Cholera, chciałbym, żeby z moją magisterką szło podobnie.

Niestety, jestem daleko w tyle, jeżeli chodzi o wenę, ogólny zarys czy kształt całości. Niby jakieś 2 miesiące temu stworzyłem ogólny plan pracy, a dziś po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, czy ja tak na prawdę tego tytłu potrzebuję; czy jest sens kończyć te studia. Brzmi to groteskowo, szczególnie, że spędziłem na uczelni ostatnie 4,5 roku i władowałem w nią niemałe pieniądze. Prawdą jest jednak, że w porównaniu z doświadczeniem, jakie zdobyłem w pracy uczelnia dała mi jedynie ogólny pogląd na paręnaście spraw, na które prędzej czy później może i tak bym zwrócił uwagę. Sam siebie zdążyłem już skarcić za takie myślenie, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że tak na prawdę odbębniam kolejne zjazdy na uczelni, byle tylko dotrwać do końca i mieć to z głowy – niezależnie od tego, czego się tam dowiaduję. Pozostaje mi zacisnąć zęby i spróbować znaleźć motywację. Najgorsze będzie jak zwykle spotkanie z promotorką, jakoś tydzień po nowym roku, gdy (być może) znowu nie będę miał nic do pokazania/oddania.

W sumie, żałuję, że tak po macoszemu obchodzono się z nami na licencjacie. Zdobycie tego, jakby nie patrzeć, naukowego tytułu uczelni wyższej kosztowało mnie i moich kolegów mniej więcej tyle wysiłku co napisanie testu wielokrotnego wyboru z całości materiału, który przyswoiliśmy sobie w ciągu trzech lat i napisania projektu zaliczeniowego. Chyba już kiedyś wspominałem, że oddawanie projektu było niczym innym jak dowcipem, który ze względu na “wszyscy nie mamy czasu, miejmy to z głowy jak najszybciej” zamknęło się w 5 minutach poprzedzonych 2 tygodniami intensywnej pracy. Sam test zaś.. nie mówiąc już, że uzyskanie pomocy w trakcie pisania było proste, bo i same pytania nie należały do szczególnie trudnych, a na większość z nich dało się odpowiedzieć  bez specjalnej wiedzy, przez zwykłe zastanowienie się nad możliwymi wariantami.

Natomiast wydaje mi się, że gdyby już wtedy kazano nam coś napisać, dzisiejszy dzień wyglądałby zupełnie inaczej. Moim największym problemem jest to, że nie do końca wiem w jakim stylu ta magisterka ma zostać napisana. Czy wykładać krowie na rowie, że czarne jest czarne, a białe – białe, czy może potraktować potencjalnego odbiorcę jako kogoś zaznajomionego z tematyką. Uprzedzając pytania – pytałem o to promotora, ale ciągle mam jakieś wewnętrzne wątpliwości i co rusz skreślam wcześniej napisane zdania, bo po godzinie czy dwóch zwyczajnie przestają mi pasować. Innymi słowy kręcę się w kółko.

Patrzcie tylko. Myślałem początkowo o jakiś podsumowaniach, a wyszło mi uzewnętrznienie tych paru myśli, które chodziły mi cały dzień po głowie. Dobre i to, może teraz znajdzie się w niej miejsce na coś bardziej konstruktywnego.

Za dwa dni sylwester, planowo niesprecyzowany tak tylko jak to możliwe, bo wszystko posypało się gdzieś tydzień temu. Ostatnie dnie tego roku spędzam w domu, dzięki uprzejmości Fresha, więc mam dużo czasu na myślenie. Może nawet za dużo.

notki 24 Dec 2009

W chwili, gdy świąteczne przygotowania wchodzą w decydującą fazę;

w momencie, gdy pracujący dziś odliczają leniwie ostatnie godziny do wyjścia z pracy (lub przeciwnie, starają się ze wszystkim zdążyć);

na ten czas, gdy wszyscy wyczekują tej szczególnej chwili, gdy ze spokojem usiądą z rodziną i oddadzą się słodkiemu lenistw;

życzę wam spokojnych, radosnych i wesołych świąt, wyhamowania z owczego pędu, w który każdy prędzej czy później wpada;

życzę zupełnie przyziemnie, smacznego karpia, wspaniałych prezentów i oby Kevin omijał wasz dom;

życzę, całkiem metafizycznie, szczęśliwych myśli, radosnych uniesień i chwili zadumy;

w końcu też, życzę by przyszłotygodniowy sylwester okazał się lepszy od poprzedniego, a nadchodzący rok – po stokroć lepszy od czegokolwiek, co udało wam się przeżyć.

Tomek ketsu Kociemba

książka and notki 10 Dec 2009

Czołem po ponad miesiącu od mojej ostatniej aktywności. No, aktywności na blogu, bo konto na blipie ma się dobrze. Domyślam się, że od tamtego czasu wydarzyło się tyle, że opis wszystkiego byłby nudny jak flaki z olejem i ciekawy tylko dla.. mnie?

Z tego też powodu postanowiłem dać upust swojej złości na niejakiego Jarosława Grzędowicza, który w końcu popełnił trzeci tom “Pana Lodowego Ogrodu”.

O samej książce nie dane było mi pisać więcej jak w dwóch słowach, więc wypada powiedzieć, że jest to miks średniowiecznego eposu o wikingach, japońskiej przypowieści o cesarzu i “Zaginionego w akcji” XXI wieku. Oczywiście w wielkim uproszczeniu. Pierwszy tom pojawił się w 2005 roku, przynosząc swojemu autorowi nagrodę im. Janusza Zajdla. Na drugi przyszło czekać dwa lata, a ja zetknąłem się z nimi w sierpniu 2008.

Przyznam w tym miejscu, że nie od początku byłem przekonany zarówno do historii jak i sposobu w jakim imć Grzędowicz przedstawiał świat. Podzielił bowiem tomy na dwie dziejące się równolegle historie, a co więcej przeplatał z uporem narrację pierwszo i trzecioosobową. Dopiero drugie podejście przekonało mnie, że i nagroda była zasłużona i niespotykany przeze mnie styl również ma swój urok.

To było w wakacje 2008, a dopiero pod koniec listopada tego roku w księgarniach pojawił się tom trzeci. Znaczy to tyle, że na każdy kolejny autorowi potrzeba było dobre dwa lata. Długo, jak na wszelkie standardy. No ale, fan kocha, fan poczeka, fan kupi.

Gdy książka w końcu trafiła w moje ręce ze smutkiem stwierdziłem, że jest chudsza od poprzednich. Czytając co wieczór rozdział, góra dwa zajęło mi niecały tydzień dotarcie do końca. I tutaj nastąpiła konsternacja, bo zamiast spodziewanego (happy) endu mamy punkt kulminacyjny i.. brakowało tylko “to be continued..” na okładce. Noszfak.. dwa lata czekania i teraz świadomość, że na następny, (być może) ostatni tom przyjdzie czekać kolejne dwa? Się nie godzi Panie Grzędowicz…

W ramach protestu sięgnąłem po serię zakończoną i wydaną – Millenium Stiega Larssona, której przeczytanie zajmie mi pewnie miesiąc z okładem. Wtedy też znowu się odezwę.

Ps. Jako, że niekoniecznie powyższe może być dla wszystkich zrozumiałe, w paru słowach: książka cholernie mi się podobała. W końcu wyczekiwane od lat wątki się połączyły i to w sposób, jakiego bym w życiu nie przewidział, a który wywołał u mnie szczery śmiech i zachwyt. Tym bardziej ucinanie historii w momencie w którym jedyne czego się wyczekuje to grande finale uważam za skandal i z niecierpliwością będę czekał na następny tom licząc, że po pierwsze, będzie ostatnim, po drugie, wyjdzie szybciej.

notki and praca and studia 30 Oct 2009

W ciągu ostatnich paru lat przyzwyczaiłem się do tego, że z chwilą zmiany czasu i przejścia na “wstaję ciemno – wracam ciemno” moje chęci do życia topnieją jak śnieg w kwietniu.

Tym bardziej jestem zaskoczony, że w tym roku tego nie odczuwam. Ba, powiem więcej. Z racji jaśniejszych poranków z większą ochotą zwlekam się rano z łóżka (mimo, że nadal twierdzę, że o pogańskiej godzinie), a wieczory też jakoś się wydłużają, bo skoro ciągle jest ciemno, to czas nie ucieka.

Idąc dalej – dobry humor przekłada się na niezgorsze, w moim odczuciu podejście do pracy, które owocuje (po tym tygodniu) niemal skończonym projektem. Dość dawno nie odczuwałem satysfakcji z tych małych “zwycięstw”, gdy coś udało mi się stworzyć – w tym tygodniu takich chwil było na pęczki.

I jakby tego było mało uczelnia przestała dawać mi się we znaki z chwilą oddania indeksu. Mimo, że mam magisterkę na głowie, a blipowe zwierzenia femininity tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że im wcześniej skończę tym lepiej, nie odczuwam już tej presji konieczności zrobienia czegoś na ten czy następny weekend – cudowne uczucie.

Myślicie, że skończyłem? A gdzie tam. Od Staszka dostałem adres strony http://hundredpushups.com/, która w założeniu ma spowodować, że w ciągu 6 tygodni dobiję do tytułowych 100 pompek. No dobra, nie tyle spowodować, co pokazać, że można, a reszta należy do mnie. I tutaj też zaskoczenie, bo po pierwsze to wcale nie jest takie trudne (taki anty sportowiec jak ja dochodzi już bez problemu do 30+ pompek na jedno posiedzenie), a po drugie satysfakcja jaką daje możliwość ich zrobienia jest wręcz bezcenna.

Szok, doprawdy. Nie wiem jak długo uda mi się utrzymać w takim stanie, ale przyznam, że nie zamieniłbym tego na nic. A najchętniej bym się jeszcze podzielił z innymi.

Ps. Zacząłem też znowu częściej udzielać się na wspomnianym blipie, wpisy możecie obserwować po prawej w widget’cie lub na ketsu.blip.pl

głupoty and notki 5 Oct 2009

Cholernie nudne, szczególnie po kilku latach. Oczywiście jest to moje, całkowicie subiektywne odczucie, bo w końcu istnieją dziesiątki blogów, które mimo zaawansowanego wieku mają się świetnie.

Mnie natomiast jakoś przestało pociągać wylewanie z siebie ewentualnych żalów, tudzież recenzowanie coraz to nowych książek zasilających moją biblioteczkę (na ten moment zaległości sięgają 6 książek, których nawet nie będę wymieniał – krótko mówiąc, wciągały i przyjemnie spędziłem przy nich czas).

Bo w końcu można by potraktować bloga jako autopromocję siebie. Miejsce, gdzie mógłbym się chwalić swoimi zawodowymi dokonaniami, by (gdyby mi przyszła ochota składać gdzieś aplikacje) można było tylko na podstawie mojego nazwiska wklepanego w wyszukiwarkę stwierdzić kim jestem, co robię, czemu, jak długo i po co. Tutaj też mam zaległości, w końcu ostatnio powstały dwa serwisy (scandium i golden club) dla znanej firmy Amica, w których maczałem swoje palce. Kolejny, dla innej firmy, jest z resztą w drodze.

Można by też napisać o studiach, na których magistranci mają za dużo czasu dla siebie, a za mało dla nas, dzięki czemu wciąż jestem w ciemnej dupie względem zaliczenia jednego przedmiotu. Albo o tym, że to już ostatni rok i zostało mi naprawdę niewiele, by skończyć “podstawową” edukację, jaką sobie założyłem hen tam w odległej przeszłości.

Można by, w ramach rozrywki, wspomnieć o urodzinach Diona, trochę ponad tydzień temu we Wrocławiu. Ba, nawet parę(naście) zdjęć by się znalazło dzięki uprzejmości Manieq’a. Tylko który to już raz, gdy odwiedzam to miasto? A tym bardziej, który z tych polegających na totalnym wyłączeniu się z rzeczywistości i spędzeniu czasu w alkoholowej atmosferze? (Tutaj byłoby też sporo dygresji na temat “czemu sądzę, że w ogólnym rozrachunku alkohol to gówno równie szmatławe jak papierosy i że na dobrą sprawę mógłbym się bez niego obyć).

Można by, choćby w formie krótkiej notki, składać życzenia tym wszystkim, którzy jakieś święta obchodzą, choć pewny jestem tylko tego, że w swoje święta dostanę “z zewnątrz” dokładnie (maksymalnie?) jeden sms.

Można by marudzić jakie to wszystko jest bez sensu, by dawszy upust swojej chwilowej frustracji stwierdzić, że w ten oto sposób zmarnowało się jakieś 20 minut życia na bajdurzenie, które przeczyta 10 osób na krzyż.

Można by.. no ale w końcu blogowanie jest nudne, nie?

wstecz | dalej