notki 15 Aug 2009

W chwili gdy to piszę dochdzi 23:30, w piątek, 14 sierpnia. Znaczy to, że gdy w końcu zasnę, a następnie się obudzę, do końca urlopu zostaną mi dwa dni. Głupotą jest robić podsumowania czegoś, co się jeszcze nie skończyło, ale z doświadczenia wiem, że weny nie powinno się ignorować, bo to kapryśna małpa jest.

Pierwszy raz, odkąd zaprzedałem duszę diabłu i poszedłem do pracy wybrałem się na dwutygodniowy urlop. Nie nędzne 7 dni, które zanim się zaczną zdążą się skończyć, ale pełne 14, które postanowiłem wykorzystać jak się da.

Standardem jest, że na początek wylądowałem we Wrocławiu. Zjazd numer 6 był wyjątkowo udany, a zarazem cholernie inny od pozostałych. Nigdy indziej nie zauważyłem tak wyraźnego podziału między starą gwardią, jak zwykłem nazywać uczestników pierwszego zlotu, a “młodymi”, którzy przybyli do twierdzy Breslau po raz wtóry lub pierwszy. Dla ścisłości, wcale, ale to wcale mi to nie przeszkadzało i, nie ukrywam, postanowiłem zadbać o własną dobrą zabawę. I udało się bez problemu. Dość powiedzieć, że wielogodzinne sesje pokera były na porządku dziennym, a pertraktacje nt. tego, kto wybierze się do sklepu potrafiły trwać nawet trzy kwadranse. Zgrzytem nazwę zamiłowanie moich współtowarzyszy do palenia, które, szczególnie ostatniego wieczoru dało się mnie we znaki, ale cóż, przeżyłem, więc sprawa uznana za niebyłą. Co mi jeszcze zapadło w pamięć.. Guiness na wrocławskim rynku – 16 zł za 0,5l to zdecydowanie najdroższy trunek jaki zdażyło mi się pić (nie jestem fanem drinków w pubach). Niemniej bardzo dobry i od czasu do czasu chętnie taki wypiję (co w praktyce przełoży się pewnie na “za rok, na następnym zjeździe”). Gotówka, która rozpłynęła się jak sen złoty, w większości lądując w kieszeni Gośki to też bardzo przyjemny epizod, szczególnie, że raz udało mi się ją ograć na grubszą kasę – a wierzcie mi, w tym roku była to prawdziwa sztuka. Podsumowując – Wrocław zdobyty, a na przyszły rok niech ktoś inny zajmuje się rezerwacjami, bo babki z którymi miałem (nie)przyjemność korespondować okazywały się nieraz wyjątkowo uparte.

Okres po i przed, czyli parę dni między jednym a drugim wyjazdem wspominam dośc słabo. Nie to, że piłem (co byłoby całkiem niezłą przyczyną sklerozy), ale po prostu oddawałem się słodkiemu lenistwu i z tego wszystkiego nie za bardzo jest o czym mówić.

Należy natomiast napisać to i owo o drugim wypadzie, który zgotowałem sobie w tym roku. Najprościej powiedzieć “pojechałem nad morze”, bo prawdą jest, że jeszcze parę dni przed urlopem nie wiedziałem, gdzie się znajdziemy. Padło na Mielno, które do tej pory kojarzyło mi się z dzieciństwem i obozami harcerskimi, w których brałem udział. Jako że łatwiej jest znaleźć igłę w stogu siana niż zarezerwować hotel z jakimś sensownym wyprzedzeniem uznaliśmy , że zawierzymy ślepemu losowi i poszukamy czegoś na miejscu (przezornie – na wypadek kosmicznego pecha – zabraliśmy namiot, który miałby służyć jako przenośne centrum dowodzenia). Sama droga nie obfitowała w jakieś szczególne wydażenia, warto jednak odnotować, że golf jest dobrym samochodem, ładownym i w ogóle, ale zapakuj go po brzegi i zatankuj pod korek, a prędzej zniesiesz jajo niż przyspieszysz na co drugim wzniesieniu bez redukcji biegu. Tak, to na przyszłość. Wracając do samego Mielna. Nie wiem ile z tego co tam widziałem to faktyczne wspomnienia, a ile to tylko bujna wyobraźnia, ale odniosłem wrażenie, że poza wymianą chodników same miasto (miasteczko?) niewiele się zmieniło. A już w szczególności jedna z knajpek, gdzie podają zajebiste wręcz ryby bankowo stoi tam od lat. Nocleg udało nam się znaleźć już po 40 minutach łażenia i początkowego odbijania się od drzwi, na których zawsze wisiała kartka z napisem “brak miejsc”. Hotel był ze wszech miar przyzwoity, i to mimo niezamykających się drzwi do łazienki i “judasza” w drzwiach pokoju założonego do wewnątrz (nie żartuję, z zewnątrz każdy “zainteresowany” mógłby zobaczyć co się dzieje w środku – gdybyśmy mu na to pozwolili). Nas jednak interesowało, by nie robić 3 kilometrowych spacerów, tak więc te drobne niedogodności puściliśmy im płazem. Plaża natomiast… kurde, żeby zająć miejsce nad samą wodą trzeba się pewno było zrywać skoro świt, albo lepiej nocować. W ciągu trzech dni ani razu nie było nam dane leżeć przy brzegu, na czym w sumie tak wiele nie stracilśmy, bo pomijając dzień pierwszy woda była cholernie zimna (14 stopni). Jedyne pocieszenie – w Kołobrzegu mieli gorzej (9 stopni). Na szczęście słońce świeciło nam wszystkim tak samo, więc nie wyglądam już jakbym całe dnie spędzał przed komputerem. Tak jak wcześniej Mielno kojarzyło mi się z obozem, tak teraz będą to chyba samochody, a już w szczególności pewne Ferrari, Aston Martin i Ford T, które parkowały w pobliżu wejścia na plażę – normalnie cudeńka.

W chwili gdy piszę te słowa dochodzi północ, tak więc do końca urlopu zostały mi jeszcze dwa dni. Grzechem byłoby je zmarnować, więc jutro wybywam nad jezioro, łapać słońce i leniuchować. Szkoda trochę, że spokój i radość mącą mi już ponure myśli związane z powrotem do pracy i sprawami związanymi z uczelnią, ale postaram się je odgonić. W końcu trzeba będzie wytrzymać z tym optymizmem do następnego wolnego w grudniu.

W chwili gdy to piszę dochdzi 23:30, w piątek, 14 sierpnia. Znaczy to, że gdy w końcu zasnę, a następnie się obudzę, do końca urlopu zostaną mi dwa dni. Głupotą jest robić podsumowania czegoś, co się jeszcze nie skończyło, ale z doświadczenia wiem, że weny nie powinno się ignorować, bo to kapryśna małpa jest.
Pierwszy raz, odkąd zaprzedałem duszę diabłu i poszedłem do pracy wybrałem się na dwutygodniowy urlop. Nie nędzne 7 dni, które zanim się zaczną zdążą się skończyć, ale pełne 14, które postanowiłem wykorzystać jak się da.
Standardem jest, że na początek wylądowałem we Wrocławiu. Zjazd numer 6 był wyjątkowo udany, a zarazem cholernie inny od pozostałych. Nigdy indziej nie zauważyłem tak wyraźnego podziału między starą gwardią, jak zwykłem nazywać uczestników pierwszego zlotu, a “młodymi”, którzy przybyli do twierdzy Breslau po raz wtóry lub pierwszy. Dla ścisłości, wcale, ale to wcale mi to nie przeszkadzało i, nie ukrywam, postanowiłem zadbać o własną dobrą zabawę. I udało się bez problemu. Dość powiedzieć, że wielogodzinne sesje pokera były na porządku dziennym, a pertraktacje nt. tego, kto wybierze się do sklepu potrafiły trwać nawet trzy kwadranse. Zgrzytem nazwę zamiłowanie moich współtowarzyszy do palenia, które, szczególnie ostatniego wieczoru dało się mnie we znaki, ale cóż, przeżyłem, więc sprawa uznana za niebyłą. Co mi jeszcze zapadło w pamięć.. Guiness na wrocławskim rynku – 16 zł za 0,5l to zdecydowanie najdroższy trunek jaki zdażyło mi się pić (nie jestem fanem drinków w pubach). Niemniej bardzo dobry i od czasu do czasu chętnie taki wypiję (co w praktyce przełoży się pewnie na “za rok, na następnym zjeździe”). Gotówka, która rozpłynęła się jak sen złoty, w większości lądując w kieszeni Gośki to też bardzo przyjemny epizod, szczególnie, że raz udało mi się ją ograć na grubszą kasę – a wierzcie mi, w tym roku była to prawdziwa sztuka. Podsumowując – Wrocław zdobyty, a na przyszły rok niech ktoś inny zajmuje się rezerwacjami, bo babki z którymi miałem (nie)przyjemność korespondować okazywały się nieraz wyjątkowo uparte.
Okres po i przed, czyli parę dni między jednym a drugim wyjazdem wspominam dośc słabo. Nie to, że piłem (co byłoby całkiem niezłą przyczyną sklerozy), ale po prostu oddawałem się słodkiemu lenistwu i z tego wszystkiego nie za bardzo jest o czym mówić.
Należy natomiast napisać to i owo o drugim wypadzie, który zgotowałem sobie w tym roku. Najprościej powiedzieć “pojechałem nad morze”, bo prawdą jest, że jeszcze parę dni przed urlopem nie wiedziałem, gdzie się znajdziemy. Padło na Mielno, które do tej pory kojarzyło mi się z dzieciństwem i obozami harcerskimi, w których brałem udział. Jako że łatwiej jest znaleźć igłę w stogu siana niż zarezerwować hotel z jakimś sensownym wyprzedzeniem uznaliśmy , że zawierzymy ślepemu losowi i poszukamy czegoś na miejscu (przezornie – na wypadek kosmicznego pecha – zabraliśmy namiot, który miałby służyć jako przenośne centrum dowodzenia). Sama droga nie obfitowała w jakieś szczególne wydażenia, warto jednak odnotować, że golf jest dobrym samochodem, ładownym i w ogóle, ale zapakuj go po brzegi i zatankuj pod korek, a prędzej zniesiesz jajo niż przyspieszysz na co drugim wzniesieniu bez redukcji biegu. Tak, to na przyszłość. Wracając do samego Mielna. Nie wiem ile z tego co tam widziałem to faktyczne wspomnienia, a ile to tylko bujna wyobraźnia, ale odniosłem wrażenie, że poza wymianą chodników same miasto (miasteczko?) niewiele się zmieniło. A już w szczególności jedna z knajpek, gdzie podają zajebiste wręcz ryby bankowo stoi tam od lat. Nocleg udało nam się znaleźć już po 40 minutach łażenia i początkowego odbijania się od drzwi, na których zawsze wisiała kartka z napisem “brak miejsc”. Hotel był ze wszech miar przyzwoity, i to mimo niezamykających się drzwi do łazienki i “judasza” w drzwiach pokoju założonego do wewnątrz (nie żartuję, z zewnątrz każdy “zainteresowany” mógłby zobaczyć co się dzieje w środku – gdybyśmy mu na to pozwolili). Nas jednak interesowało, by nie robić 3 kilometrowych spacerów, tak więc te drobne niedogodności puściliśmy im płazem. Plaża natomiast… kurde, żeby zająć miejsce nad samą wodą trzeba się pewno było zrywać skoro świt, albo lepiej nocować. W ciągu trzech dni ani razu nie było nam dane leżeć przy brzegu, na czym w sumie tak wiele nie stracilśmy, bo pomijając dzień pierwszy woda była cholernie zimna (14 stopni). Jedyne pocieszenie – w Kołobrzegu mieli gorzej (9 stopni). Na szczęście słońce świeciło nam wszystkim tak samo, więc nie wyglądam już jakbym całe dnie spędzał przed komputerem. Tak jak wcześniej Mielno kojarzyło mi się z obozem, tak teraz będą to chyba samochody, a już w szczególności pewne Ferrari, Aston Martin i Ford T, które parkowały w pobliżu wejścia na plażę – normalnie cudeńka.
W chwili gdy piszę te słowa dochodzi północ, tak więc do końca urlopu zostały mi jeszcze dwa dni. Grzechem byłoby je zmarnować, więc jutro wybywam nad jezioro, łapać słońce i leniuchować. Szkoda trochę, że spokój i radość mącą mi już ponure myśli związane z powrotem do pracy i sprawami związanymi z uczelnią, ale postaram się je odgonić. W końcu trzeba będzie wytrzymać z tym optymizmem do następnego wolnego w grudniu.
notki 7 Jul 2009

Wracałem do domu, gdy odezwała się komórka. Przeczytałem dwa razy krótkiego smsa. W sumie wtedy to do mnie nie dotarło, teraz też nie dociera. Warstwy odporności, które w sobie mam drżą w posadach, a jedyne co czuję to żal i przygnębienie. Dlatego staram się nie myśleć. Nie z braku szacunku, lecz dla zachowania jak najlepszych wspomnień. Jakkolwiek to się stało, nie powinno było tak szybko. I (jak zawsze) to cholernie niesprawiedliwe.

Wpis ten dedykuję Wojtkowi, którego już nie ma wśród nas, bo tylko (i aż) tyle mogę teraz zrobić.

książka and notki and studia 24 Jun 2009

Sesja – system eleminacji studentów jest aktywny – trwa w najlepsze, ale jakoś nie za bardzo mam możliwość nauki w pociągach. Ot nie te przedmioty, nie te notatki i nie te chęci (szczególnie to ostatnie). Za oknami też nieciekawie, a sen jakoś nie przychodzi, więc zostaje mi czytanie książek. Po niżej opisanej wizycie w kinie postanowiłem uzupełnić braki w znajomości prozy Browna i zabrałem się za wszystkie jego pozostałe dzieła1 (wyjątkowo nie kupując, a pożyczając):

Anioły i Demony – fabułę mniej więcej streściłem przy opisie filmu, warto jednak wspomnieć, że w paru (kluczowych!) miejscach nijak ma się do oryginału. Rozumiem wycinanie niektórych postaci, ale zmiany, jakich dopuścił się scenarzysta są wręcz kolosalne. Może dlatego, mimo ogólnej znajomości fabuły całość czytało się przyjemnie i bez nużących przestojów (żeby tylko Langdon nie był takim fajtłapą – wersja filmowa, przedstawiona przez Hanksa, trochę bardziej przypadła mi do gustu).

Deception point – w polskim przekładzie Zwodniczy punkt, a podaję tytuł oryginalny, bo i samą książkę czytałem po angielsku. Zaskakująco dobrze mi poszło, zaledwie parę razy musiałem sięgać do słownika. Sama fabuła koncentruje się wokół wielkiego (i tajnego) odkrycia, jakiego dokonała NASA hen, gdzieś daleko na biegunie północnym. Wszystko ma miejsce w czasie wyborów, więc urzędujący prezydent postanawia przekuć ten sukces na własny, zatrudniając w tym celu niezależnych ekspertów mających potwierdzić autentyczność znaleziska. We wszystko wplątany jest pewien bardzo ambitny senator, jego urodziwa córka, jej zaradny szef i cała plejada innych postaci. Postaci, które, prędzej czy później czekał marny los. Największą (w moim mniemaniu) bolączką tej powieści jest przekosmiczna ilość szczęścia, jaką mają główni bohaterowie. Można by pomyśleć, że gdyby zamknąć ich w stalowej kuli, wrzucić do Rowu Mariańskiego, uprzednio dorzuciwszy solidny balast, to parę stron później erupcja podziemnego wulkanu wyrzuci kulę na pokład przepływającego statku, a niedoszły balast zapewni środki do wydostania się na zewnątrz zanim skończy się tlen. Poza tym – nie mogę narzekać. Jest dość przewidywalnie, ale nie na tyle, by w całości odebrać przyjemność czytania.

Digital Fortess – po naszemu Cyfrowa Twierdza – druga z książek Browna, którą dorwałem w oryginale. Trochę ciekawsza (chyba ze względu na tematykę) od powyższej, historia agentki NSA, która zostaje wplątana w grę, której stawką jest życie wielu osób oraz wszystkie sekrety rządu Stanów Zjednoczonych. Nie chciałbym za bardzo wgryzać się w fabułę, bo mimo, że jak na Browna jest bardzo sztampowa (good guy, bad guy, good who we think is bad and so on), to najlepiej ją poznać samemu. Każda próba streszczenia skończyłaby się ujawnieniem jakiegoś punktu zwrotnego. Wyobraźcie więc sobie polityczny thriller, z dużą ilością komputerowej (i matematycznej) gadaniny, pościgami, morderstawami i dużą gotówką na stole. Całość zamknijcie w jednej dobie i zamieszajcie. Przy odrobinie wyobraźni można by z tego zrobić jeden sezon serialu 24.

I na tym skończyły się książki Browna. Nie byłbym jednak sobą, gdybym czegoś innego nie wynalazł. Jako, że z comiesięcznej pensji pewną kwotę przeznaczam na różne przyjemności zamówiłem sobie kilka tańszych i w większości wiekowych pozycji. Rok 1984, Dzienniki Gwiazdowe, Bajki Robotów i Piąty Elefant – Orwell, Lem po dwakroć i Pratchett na dokładkę. Tego ostatniego zdążyłem już przetrawić i w sumie dobrze uzupełnia informacje z Straży nocnej opowiadajac historię Sama Vimesa (szczegóły sobie daruję – nie pozna Świata Dysku ten, kto nie przeczyta przynajmniej 5 różnych książek z cyklu). Pozostałe natomiast będę czytał w najbliższym czasie, zaczynając od Roku 1984 i możecie być pewni, że prędzej czy później wrzucę tu dwa słowa na temat każdej z nich.

Teraz natomiast wracam do znienawidzonej nauki, by ominęła mnie kampania wrześniowa. Trzymajcie kciuki w sobotnie popołudnie.

Ps. Wiecie, znowu oddałbym chętnie krew – ta całkowita bezinteresowność połączona z minimalnymi wymaganiami naprawdę przypadła mi do gustu. Aż szkoda, że to jeszcze niemal 2 miesiące.

1 wiem wiem, “dzieła” to trochę na wyrost powiedziane

film and notki 18 May 2009

Byłem w sobotę na Aniołach i Demonach wedle powieści Dana Browna. Złamałem tym samym własne postanowienie, by najpierw przeczytać książkę, a następnie porównać ją z ekranizacją. Tak się jednak złożyło, że na ew. egzemplarz musiałbym czekać z tydzień czy dwa, a znając politykę multipleksów zdążyłyby one zdjąć film z afisza. Zgodnie z powiedzeniem, co się odwlecze to nie uciecze i po prozę sięgnę w najbliższym czasie, poniżej zaś wrażenia z sali kinowej.

Jak na tak rozreklamowany film widownia nie dopisała, co odebrałem jako okoliczność sprzyjającą, bo można było się skupić na tym co na ekranie, nie będąc rozpraszanym przez siorbanie i mlaskanie rozlegające się zewsząd (swoją porcję nachos zdążyłem zjeść zanim skończyły się reklamy co może świadczyć negatywnie zarówno o jej wielkości, jak i o czasie wyświetlania tych ostatnich). Gdy w końcu zgasły światła i znikło logo wytwórni wszyscy z zainteresowaniem zaczęliśmy oglądać.. Wyspę dinozaurów 2. Konsternację jaka zapanowała na sali możecie sobie wyobrazić. Chwilę później okazało się, że operator pomylił rolki, a Anioły.. zostaną nam puszczone “już za chwilę i z pominięciem reklam” (miło z ich strony, aczkolwiek trailerom bym nie odmówił, zwykle przed “dużymi” filmami można zobaczyć zapowiedzi równie “dużych” filmów).

Światła zgasły ponownie i tym razem obeszło się bez niespodzianek. Ośrodek CERN, odpalenie Wielkiego Zderzacza Hadronów i powstała w wyniku jego działania antymateria to jeden wielki efekt specjalny, który ciesząc oko był właściwym wstępem dla dalszej akcji. I właśnie na akcję postawiono w Aniołach... W przeciwieństwie do zawiłych zagadek pozostawionych przez Jacques’a Sauniere w Kodzie DaVinci, tutaj historia Illumiantów jest tylko pretekstem do niekończących się pościgów, wyścigów i długodystansowych biegów. Robert Langdon z dziecinną łatwością trafia na kolejne tropy i korzystając z tajnych Archiwów Watykanu prowadzi grę z nieznanym wrogiem. Przy okazji zrozumiałem dlaczego imć Langdon z taką niechęcią wspomina owe archiwa w Kodzie... Z prędkością cząstek podróżujących w LHC zmieniały się moje podejrzenia co do winowajcy całego zamieszania i z przyjemnością stwierdzam, że aż do końca nie byłem pewny swego (prawdopodobnie ze względu na brak czasu do namysłu).

W ten sposób dobre 2 godziny zleciały anim się obejrzał. Z punktu widzenia kogoś niezaznajomionego z książką był to dobry, choć czasami infantylny, film akcji. Zarzuciłbym mu niedostateczne wykorzystanie historii Illumiantów, która to organizacja w moim odczuciu zasługiwała na coś więcej niż samotnego (!!) porywacza/zamachowca/fanatyka spełniającego kilkusetletnią “przepowiednię”. Natomiast serdecznie rozbawił mnie polski akcent w postaci wozu transmisyjnego oraz reportera TVN’u, który w pewnym momencie dumnie wypełnił cały ekran informując widzów o przebiegu konklawe :)

I w tym miejscu bym zakończył, tłumacząc się jeszcze z tego dość pokręconego tytułu notki. Wiecie, według tego co mówiono w filmie kościół dopuścił się krwawych zbrodni na Illuminatach, co spowodowało ich chęć zemsty i w konsekwencji przedstawione wydarzenia. Jeżeli tych drugich traktować jak demony, a tych pierwszych jako anioły, to w świetle tych zarzutów są siebie warci, stąd wrzucenie ich do jednego wora “potworów”.

notki 17 May 2009

Dwa słowa wyjaśnienia, nie usuwałem żadnego wpisu. Wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że netarteria przywróciła bez zapowiedzi jakąś kopię zapasową, a ta była na tyle stara by posłać w kosmos moje ostatnie wypociny. Już do nich napisałem, na razie zachowując przyjazny ton, ale zważywszy na to, że i tak rzadko piszę jestem trochę podirytowany. Tego co było nawet nie będę próbował odtworzyć, bo wyjdzie z tego niestrawna papka. Natomiast jutro obiecuję napisać co nieco. Dziś już brak m sił by myśleć.

wstecz | dalej